Monday, November 26, 2018

Wspomnienia z Australii

Australia zawsze wydawała mi się być kierunkiem bardzo odległym, wręcz rzekłbym nieosiągalnym. Jednakże gdy z czasem udało mi się odwiedzać co raz to dalsze zakątki świata uwierzyłem, że w końcu kiedyś przyjdzie kolej także na Australię. Miesięczny urlop to idealna pora na to. W końcu i tak planowałem wrócić do Tajlandii, więc dlaczego by podróży trochę nie wydłużyć, zahaczając o Australię? Kiedy, jak nie teraz? :)




Podczas planowania listopadowych wakacji, plan zmieniał się wielokrotnie. Początkowo miałem lecieć w pierwszej kolejnoście do Bangkoku, póżniej Singapuru, a stamtąd do Australii. Po wielu modyfikacjach i zmianach planów, najkorzystniej cenowo okazało się lecieć najpierw do Australii, stamtąd do Singapuru, a na końcu do Tajlandii. Tym sposobem uniknąłem długiej podróży powrotnej z Australii do Polski, wybierając wylot z Bangkoku do Warszawy. 

Lotnisko w Katarze, Hamad International Airport, bardzo dobre lotnisko przesiadkowe



Warszawa - Sydney, Bangkok - Warszawa, z przesiadkami w Katarze w obu przypadkach oczywiście.  Na takiej trasie zarezerwowałem bilety w liniach lotniczych Qatar Airways. Obawiałem się nieco tego bardzo długiego loty do Sydney, jednakże jak się okazało zupełnie niepotrzebnie. Cała podróż minęła mi bardzo przyjemnie, o czym przeczytać możecie w mojej fotorelacji z lotu liniami Qatar Airways do Australii. 


Po prawie 24 godzinach w podróży wylądowałem w Australii, na międzynarodowym terminalu lotniska w Sydney. Całkiem nieźle wyglądałem, a jeszcze lepiej się czułem, biorąc pod uwagę prawie dobę spędzoną w samolotach. No i to uczucie, gdy wylądowałem i w końcu przeszedłem przez wszystkie obowiązkowe procedury wjazdowe: jestem w Australii, tej nieosiągalnej Australii, w której powitała mnie... choinka. 

Choinka na lotnisku w Sydney, chyba nie tego się spodziewałem w Australii

Szybko zrozumiałem, jak daleko od domu się znajduję i przez ile różnych stref czasowych przeleciałem. W Sydney wylądowałem przed godziną 19, natomiast o godzinie 2 nad ranem już nie mogłem spać. W kolejnych dniach budziłem się o 4 czy 5, czyli coraz lepiej, choć nadal jetlag nie dawał za wygraną. Do tego ta świadomość, że w momencie, w którym ja zaczynałem poranne zwiedzanie miasta, moi znajomi w Europie jeszcze nawet nie położyli się spać. Po wyjściu z lotniska od razu zorientować się mogłem, że znajduję się w zupełnie innej części świata. Ta roślinność na zewnątrz, te stoliki wystawione przed różnymi restauracjami, a do tego ta przyjemna temperatura.



Przez cały pobyt w Australii było bardzo przyjemnie pod względem pogodowym. W ogóle nie padało, choć w Melbourne nieco się tego obawiałem, gdyż miasto to znane jest ze zmiennej pogody. Dla nas, Europejczyków, Australia kojarzy się z wiecznymi upałami. Nic bardziej mylnego. Należy mieć na uwadze, że kraina kangurów to ogromny kraj, a co za tym idzie, pogoda tam jest bardzo zróżnicowana. Podczas mojego pobytu w Sydney temperatury wahały się w okolicach 20 stopni, a bluza z długim rękawem dość często okazywała się bardzo przydatna. Natomiast w dniu wyjazdu z Melbourne zapowiadane było prawie 30 stopni. Przy tych 20 stopniach, kąpiel w basenie na Bondi Beach była lekkim wyzwaniem, ale udało się przełamać. W końcu kąpiel w tym basenie znajdowała się na mojej podróżniczej liście marzeń, a kto wie, czy kiedyś będę jeszcze w Sydney? 




W Australii obowiązującą walutą jest dolar australijski, 1 dolar to aktualnie jakieś 2,75zł. Co ciekawe, 2-dolarowa moneta jest maluteńka, chyba nawet niewiele większa niż nasze 10 groszy. Natomiast 50 centów to znowu moneta ogromna, zdecydowanie sporo jeszcze większa niż nasze 5zł. Jednakże praktycznie wszędzie w Sydney czy Melbourne można było płacić kartami. Moja walutowa karta Mastercard w euro z ING Banku ani razu mnie tam nie zawiodła. Płatności zbliżeniowe również są na porządku dziennym. 




W krainie kangurów obowiązuje ruch lewostronny. Zasada ta obowiązuje także przechodniów, na przykład na schodach ruchomych, gdzie każdy trzyma się lewej strony. Naprawdę, każdy. Byłem pełen podziwu dla tego, że tam każdy korzysta ze schodów ruchomych, tak jak się powinno, zostawiając jedną stronę wolną. Jak się później okazało, również w Singapurze zasada ta opanowana jest do perfekcji. Zresztą, jak wszystko w Singapurze. 







Podczas wizyty na Antypodach nie miałem okazji do spróbowania tamtejszej kuchni. Chyba, że australijska kanapka z burakiem z McDonald’s, a raczej z Maccasa, się liczy. Podobno Australijczycy uwielbiają wpychać do burgera buraka. Nie koniecznie popieram tę inicjatywę. Jednakże w Australii mieszka sporo osób pochodzenia azjatyckiego, co jak łatwo się domyślić, ma to mocny wpływ na tamtejszy rynek gastronomiczny. Znalezienie dobrego ramena, wietnamskiej zupki pho, sushi czy  różnego rodzaju noodli nie jest tutaj żadnym problemem. Mało tego, ja tutaj nawet znalazłem uwielbiany przeze mnie japoński sernik Uncle Tetsu's, który znam z Toronto, o którym pisałem tutaj! Podobnie jest z kawą. Tej w Australii również pije się dużo. W Starbucksie można kupić nawet specjalne, dobrze nam znane świąteczne kawy smakowe. Choć nie ukrywam, że dziwnie czułem się pijąc pierniczkowe latte na plaży na wyspie Manly… 

Świąteczne kawa na plaży. W długim rękawie, jak możecie dostrzec. ;P


Dokładne zwiedzenie całej Australii wymaga naprawdę sporej ilości wolnego czasu. No i gotówki, bo Australia do najtańszych nie należy. Chociaż na szczęście nie było aż tak źle, jak mogłoby się wydawać. Osobiście uważam, że jedzenie w Sydney czy Melbourne było zdecydowanie tańsze niż w Nowym Jorku. Tańsze, a do tego także o wiele smaczniejsze. W Australii nie ma zwyczaju dawania napiwków w przeciwieństwie do Stanów, w których jest wręcz obowiązek. 



Wielki kraj, to i świetnie rozwinięta siatka połączeń lotniczych, co w ogóle nie dziwi, biorąc pod uwagę fakt, że z położonego na zachodzie Perth do Sydney jest ponad trzy tysiące kilometrów, a lot na tej trasie trwa prawie 4 godziny. Czyli mniej więcej tyle, co przelot na trasie Polska-Islandia. Natomiast trasa Sydney-Melbourne uznawana jest za jedną z najpopularniejszych tras lotniczych na świecie. Na rynku lotów krajowych najpopularniejsze linie to: Qantas, Tigerair, Jetstar czy Virgin Australia. 




Mój lot oznaczony był numerem QF423. Początkowo miałem lecieć późniejszym lotem, który obsługiwany miał być przez Airbusa A330. Lubię szerokokadłubowe samoloty, a na krótkich trasach krajowych tego typu modele raczej nie należą do częstych. Niestety lot ten został odwołany i w zamian zaproponowano mi lot późniejszy. Poprosiłem jednak o zmianę rezerwacji na rejs wcześniejszy, aby jednak w Melbourne być trochę szybciej. Bez problemu się udało, choć na odpowiedź z biura obsługi klienta czekałem dość długo. W nagrodę trafiłem na Boeinga 737 w retro malowaniu, o numerach VH-VXQ.




Na lotnisku w Sydney Qantas ma swój osobny terminal krajowy, który bardzo przypadł mi do gustu. Żadnych kolejek przy odprawie biletowo-bagażowej, podobnie było także na kontroli bezpieczeństwa. Po odprawie nie brakuje sklepów czy restauracji. Jest także poczta, która okazała się bardzo przydatna. Jednak należy mieć na uwadze, że znaczki kupowane na lotnisku są nieco droższe niż te, które kupimy w punkcie poczty gdzieś na mieście. No ale największa atrakcja dla fana lotnictwa to ten ruchomy chodnik. Wyjątkowy, zupełnie inny niż na pozostałych lotniskach…. <3 






W czasie tych kilku dni spędzonych na Antypodach nie planowałem zbyt wiele, mając świadomość tego, że Australia nie jest krajem, który można zwiedzić w kilka czy kilkanaście dni. Będąc w Sydney i Melbourne starałem się jak najbardziej nacieszyć tym, że tam jestem. Oczywiście bardzo chciałbym kiedyś wrócić do Australii, ale czy wrócę? Czas pokaże. Mam również świadomość tego, że to mogła być moja jedyna szansa na choć małe poznanie tego odległego kraju. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się jeszcze wrócić do krainy kangurów. Na szczęście teraz może to być nieco tańsze, chociażby za sprawą linii lotniczych Scoot, które mogę zabrać nas do Australii za całkiem niezłe pieniądze, z jedną przesiadką w Singapurze. 



Ale zapomniałbym o dwóch rzeczach, które chyba najbardziej urzekły mnie w Australii. Mianowicie bardzo uprzejmi, pozytywni i pomocni ludzie. Pani na recepcji to rozmawiała z nami, jakbyśmy znali się od lat. Wysiadając z autobusu, ludzie dziękują kierowcy za przejazd. Nie zliczoną ilość razy usłyszycie w Australii „How is it going?”„Have a good one” czy „no worries”, które w Australii może być chyba odpowiedzią na wszystko. Pytanie o samopoczucie może trochę sztuczne, może trochę automatyczne, ale zawsze jest to jakaś forma kontaktu z drugą osobą. A australijski akcent na prawdę da się lubić, choć momentami może być nieco problematyczny. :)


Australia z samolotu, gdzieś po środku niczego


Australijska uprzejmość to jedno, a porządek w miastach to drugie. Melbourne czy Sydney w porównaniu z takimi miastami jak Berlin, Nowy Jork, czy Londyn, są miastami naprawdę bardzo czystymi i zadbanymi. Może wszechobecne różnego rodzaju zakazy spełniają swoją rolę. Naprawdę miałem wrażenie, że wszędzie wiszą jakieś zakazy czy znaki informujące co czy jak należy robić. Trzymaj się lewej strony, nie przechodź na czerwonym, przechodź na zielonym, a na migającym zielonym kontynuuj przechodzenie, ale nie wychodź dopiero na jezdnię… 





Dobra, teraz ostatnie, ale dla wielu z Was pewnie najważniejsze. Wiele osób przed wyjazdem ostrzegało mnie przed niebezpiecznymi zwierzętami, strasząc mnie, że w Australii na każdym kroku czyha na ciebie śmierć. Prawie udało Wam się mnie zniechęcić, prawie. :P Oczywiście w Australii występuje mnóstwo gatunków niebezpiecznych zwierząt, w tym słynnych wężów, pająków czy krokodyli. W Polsce też są jadowite żmije, ale raczej szansa na spotkanie jej w centrum dużego miasta jest bliska zeru. Podobnie jest w Australii. Ja pająki, węże i krokodyla widziałem, ale w ZOO. W mieście co najwyżej możecie spotkać przepiękne, kolorowe papugi. 




No comments:

Post a Comment