Wednesday, February 7, 2018

Weekend w Londynie!

Pisałem to już wiele razy, ale napiszę to jeszcze raz. Londyn to takie miasto, do którego można wracać nieskończoną ilość razy. I choć można trochę ponarzekać na londyńską pogodę, to mimo wszystko w mieście tym nie da się nudzić. Więc dlaczego by tak kolejnego roku pełnego podróży nie rozpocząć właśnie od wizyty w brytyjskiej stolicy?





Miniony rok był rekordowy pod względem liczby lotów. Mocno wierzę, że ten będzie jeszcze lepszy. I nie ukrywam, że liczę na sporo lotniczych nowości w tym roku. Zaczęło się bardzo dobrze, bo:

  • do Londynu poleciałem na pokładzie Boeing 767 linii Icelandair, po raz pierwszy odwiedziłem także lotnisko Heathrow
  • z Londynu wracałem samolotem Embraer 190 należącym do linii British Airways, natomiast lot odbywał się z lotniska London City Airport.
Na lotnisku Heathrow można spotkać dużo ciekawych samolotów w różnych malowaniach. Bardzo żałuję, że nie udało mi się uchwycić Airbusa A380 w malowaniu Thai Airways oraz Sinagpore Airlines. 
Bilety w bardzo atrakcyjnej cenie udało mi się kupić w promocji Icelandaira, o której pisałem tutaj.  W najtańszej taryfie w cenę wliczony jest bagaż podręczny o maksymalnej wadze 10kg, bezpłatny wybór miejsca w samolocie, bezpłatna kawa, herbata, bądź inny napój na pokładzie, a także rozrywka pokładowa w trakcie lotu.

Jak już wcześniej wspomniałem, lot odbywał się na pokładzie Boeing 767 o numerach TF-ISN "Svörtuborgir" - każdy samolot w Icelandairze ma swoją nazwę. Najbardziej znane to oczywiście Hekla Aurora i Vatnajökull, czyli odpowiednio samolot w malowaniu zorzy polarnej oraz lodowca. Mam nadzieję, że którymś z nich uda mi się kiedyś polecieć. Póki co, w pokoju mam model Hekli Aurory, jak i Boeinga 767, którym miałem okazję lecieć. 

Na pokładzie samolotu powitał nas steward, jednakże osobiście zabrakło mi wskazywania drogi do swojego siedzenia, jak ma to miejsce w Emirates. W rezultacie wszyscy szli jednym przejściem, mimo iż mieli miejsca G i H, co mogło utrudniać nieco boarding. Niesamowite wrażenie robi natomiast film z instrukcjami bezpieczeństwa, w czasie którego dowiadujemy się, jak zachować się w przypadku awaryjnej sytuacji, a jednocześnie podziwiać możemy piękno Islandii. I tak na przykład moment opuszczania samolotu w sytuacji awaryjnej przedstawiony jest na... wodospadzie. W Boeingu 767 podobał mi się także układ siedzeń 2-3-2, a także system rozrywki pokładowej. Wybór muzyki może nie był jakiś rewelacyjny, ale zawsze było to jakieś umilenie sobie lotu.




Z lotniska Heathrow do centrum Londynu dojedziemy metrem, a dokładnie linią Piccadilly. My wysiedliśmy na stacji Leicester Square w celu znalezienie jakiegoś chińskiego jedzenia. Nie wiem, jaki jest dokładnie koszt przejazdu, bo my korzystaliśmy z kart Oyster, które załadowaliśmy na 30 funtów i to wystarczyło nam na całe trzy dni, a nawet liczę, że coś tam na niej jeszcze zostało. :D Jednakże należy mieć na uwadze, że lotnisko znajduje się już w 6 strefie metra.




Po zjedzeniu bardzo obfitego posiłku, którego część musieliśmy zapakować na wynos, bo już po prostu nie byliśmy w stanie, mogliśmy pojechać do naszego hotelu, który zlokalizowany był w okolicach stadionu Wembley. W momencie gdy szukałem noclegów to właśnie w tej części miasta znajdowałem najtańsze hotele. Ostatecznie zatrzymaliśmy się w Wembley International Hotel, który zlokalizowany był blisko stacji metra Wembley Park, na której mogliśmy korzystać  z pociągów metra linii Metropolitan, a także Jubilee, co bardzo ułatwiło nam dojazd na lotnisko City Airport w niedzielę.

Pierwszego dnia pogoda w Londynie bardzo dopisała. Było ciepło, bardzo słonecznie, no i ani przez moment w ogóle nie padało. Początkowo na ten dzień zaplanowana miała być wizyta na London Eye. Tyle razy byłem w Londynie, a nigdy nie skusiłem się na tą znaną londyńską atrakcję. Tym razem bardzo chciałem, jednakże akurat w ten weekend London Eye było nieczynne. Więc trzeba było znaleźć coś innego. Początkowo myślałem o punkcie widokowy w wieżowcu The Shard. Jest to największy wieżowiec w Europie. Ostatecznie z tarasu zrezygnowaliśmy, ale w budynku byliśmy, ale o tym później. Jednakże koleżanka zasugerowała nam wizytę w Sky Garden.

20 Fenchurch Street, to właśnie w tym budynku znajduje się "Sky Garden"
O tej atrakcji nigdy wcześniej nie słyszałem, mimo że budynek, w którym się znajduję, jak najbardziej kojarzę. Mowa tu o mający 160 metrów wysokości wieżowcu 20 Fenchurch Street, znajdującym się w biznesowej dzielnicy "City of London". Budynek ten potocznie nazywany jest "Walkie Talkie" ze względu na swój kształt, a także zdążył już zyskać tytuł najbrzydszego w całej Wielkiej Brytanii, z czym ja osobiście w ogóle się nie zgadzam. :)

Na samym szczycie znajduje się wspomniane przeze mnie Sky Garden, które może być świetną alternatywą dla London Eye. Jak wiadomo, cena wstępu na słynne londyńskie koło do najniższych nie należy, natomiast Sky Garden jest atrakcją zupełnie bezpłatną! Jedyne co musicie zrobić, to zarezerwować swoją wizytę z wyprzedzeniem, bo wolne terminy znikają naprawdę szybko! Wolne miejsca sprawdzić możecie tutaj!


Sky Garden to miejsce, z którego spoglądać możemy na Londyn z wysokości 37. piętra, również z odkrytego tarasu widokowego. Tam także możecie podziwiać różnorodną roślinność (w końcu to "garden"), a także usiąść przy stoliku z kieliszkiem wina czy kubkiem kawy i zachwycać się widokami. A te naprawdę robią wrażenie. Bez problemu Wasz wzrok wychwyci Tower Bridge,The Shard, London Eye, St. Pauls' Cathedral, czy Canary Wharf. Nam trafiła się bardzo dobra godzina, kiedy w Londynie zaczynało się ściemniać. Przy rezerwacji,w ogóle o tym nie myśleliśmy, bo trochę przespaliśmy moment, kiedy wypuścili nowe terminy i to była właściwie jedyna godzina, która nam pasowała.













Wieczorem umówieni byliśmy jeszcze ze znajomymi, żeby coś zjeść. Wspólnie wybraliśmy, że mamy ochotę na coś z kuchni indyjskiej, jednakże ostateczne miejsce wybrali nasi znajomi. W ten oto sposób trafiliśmy do Meraz Cafe na Brick Lane. Lokal mały, jednakże o stolik martwić się nie musieliśmy, gdyż mieliśmy rezerwację. Jedzenie było naprawdę świetne. Zamówiliśmy różne przystawki, różne dania główne, a po tym wszystkim jednogłośnie stwierdziliśmy, że jeszcze coś byśmy zjedli. Co warto także dodać, w lokalu nie sprzedają alkoholu, jednakże obsługa nie ma nic przeciwko temu, by przynieść ze sobą jakieś piwo czy wino. Tuż za rogiem jest sklep, w którym możecie się zaopatrzyć. Szczerze mówiąc pierwszy raz z czymś takim się spotkałem. Miłe zaskoczenie. :)


Kolejnego dnia też już z samego rana byliśmy umówieni, ale tym razem tylko z Mileną. W to przedpołudnie planowaliśmy wybrać się do wspomnianego już przeze mnie wcześniej wieżowca The Shard. Odpuściliśmy sobie punkt widokowy ze względu na dość wysoką ceną wstępu. Jak się okazało, to była bardzo dobra decyzja, gdyż przy panujących wtedy warunkach pogodowych i tak za  wiele byśmy nie zobaczyli. My weszliśmy za darmo, jednak trochę niżej, bo na 32 piętro, gdzie znajdują się restauracje. Śniadania czy lunche w weekendy są tam dość drogie, ale jak się okazało, można tam także wejść bez rezerwacji, na kawę czy jakiegoś drinka. Mowa tu o restauracji Oblix, znajdującej się na 32. piętrze. Zdecydowanie polecam zajrzeć tam z samego rana, wtedy jest szansa, że uda Wam się znaleźć jakieś miejsce. 





Oprócz tego, w sobotę zobaczyliśmy kilka najważniejszych miejsc w Londynie, gdyż dla Daniela to była pierwsza wizyta w tym mieście. Byliśmy przy Big Benie, choć go w sumie nie widzieliśmy, bo jest w remoncie, na Tower Bridge, przy Tower of London, pałacu Buckingham, a także na Borough Market.

Big Ben, które jest, ale go nie ma... :D





Borough Market znajduje się w bliskim sąsiedztwie wieżowca The Shard. To taki market spożywczy z różnego rodzaju wyrobami. My skusiliśmy się na małe słodkości, w tym pyszne ciasto marchewkowe. Mówiłem Wam już kiedyś, że ciasta na Islandii smakują okropnie? 

Jednakże pogoda w sobotę nie dopisywała i zwiedzanie było trochę na szybko, bez długiego czasu spędzanego na robieniu zdjęć. Na wieczór zaplanowane były jeszcze zakupy w Westfield Stratford City, które okazały się trochę niewypałem. Za wiele kupić się nie udało, a dojazd z hotelu na Stratford trwał wieki. Dodatkowo jadąc tam, na pewnym odcinku przestało kursować metro i musieliśmy przesiąść się na autobus, przez co podróż jeszcze bardziej się wydłużyła. Ale chociaż przejechaliśmy się czerwonym autobusem, co niewątpliwie jest także pewną atrakcją Londynu. 

W niedzielę już nie było za bardzo czasu na planowanie czegokolwiek. Wymeldowaliśmy się z hotelu i zaczęliśmy rozglądać się za jakąś kawiarnią. Okazało się, że w pobliżu jest gdzieś Starbucks, ale szybciej trafiliśmy do Caffe Nero, w którym obsługiwali bardzo sympatyczni Polacy. Ogólnie rzecz biorąc polski w Londynie słyszy się bardzo często. 

Kawiarnia znajdowała się przy Wembley Designer Outlet. Tam szybko zrozumieliśmy, jaki błąd popełniliśmy dzień wcześniej jadąc na Stradford. W bliskim sąsiedztwie mieliśmy galerię z samymi outletami, a my zamiast tego jechaliśmy gdzieś na drugi koniec miasta! Mimo, że spieszyliśmy się trochę na lotnisko, to pozwoliliśmy sobie wejść do dwóch sklepów. Na więcej nie było czasu, to mogłoby się źle skończyć. Jednakże teraz wiem, że przy następnej wizycie w Londynie gdy będę chciał pójść na jakieś zakupy to zdecydowanie w pierwszej kolejności udam się do Wembley Designer Outlet. 

Na lotnisku pojawiliśmy się później niż planowaliśmy ze względu na krótki pobyt w centrum handlowym. Na szczęście dojazd na lotnisko London City Airport nie był skomplikowany, a lotnisko małe, niewymagające stania w długich kolejkach do odprawy czy kontroli bezpieczeństwa. 

Drugi lot w tym roku i druga nowa linia lotnicza - British Airways. W przypadku tego przewoźnika pierwsze wrażenie było nie najlepsze. Zaczęło się od problemów z wydrukowaniem karty pokładowej w automacie, przez co musieliśmy skorzystać z tradycyjnego stanowiska odprawy, przy którym na szczęście nie było kolejki. Podczas wsiadania do samolotu, stewardessa nawet nas nie zauważyła. Powitanie na pokładzie to taki mały szczegół, który mi jednak zawsze rzuca się w oczy. Obłożenie samolotu było bardzo słabe, dlatego też boarding był bardzo sprawny i trwał dosłownie kilka minut. Mimo wszystko nie udało nam się wystartować o czasie, gdyż zaczął padać śnieg.



Jednakże muszę przyznać, że lot samolotem typu Embraer 190 był naprawdę bardzo przyjemny i wygodny. Na brak miejsca na nogi zdecydowanie nie mogę narzekać. Co ciekawe, na pokładzie dostaliśmy także posiłek i napoje, co było bardzo miłym zaskoczeniem. Nie wiem dlaczego, ale byłem przekonany, że na europejskich trasach posiłki są dostępne tylko i wyłącznie w sprzedaży pokładowej. A tu niespodzianka. :)



Tak zakończył się weekend w Londynie. W mieście, do którego ciągle można wracać... :) Kiedy kolejny raz? Kto wie?

Welcome back to Keflavik! :)


A kto z Was w był Londynie? Podzielacie mój entuzjazm czy jesteście zupełnie innego zdania? 




6 comments:

  1. Byłam i nie lubię... Nie lubię Heathtow, nie lubię tłoku... Londyn super miasto, ale poza centrum i miejscami turystycznymi. Jeśli kiedyś się tam znów wybiorę (nawet jeśli będzie mi towarzyszył ktoś kto nigdy tam nie był), moja noga nie postanie w Westminsterze :D

    ReplyDelete
    Replies
    1. Na Heathrow byłem tylko chwilę i na szczęście obyło się bez długich kolejek etc. Jednakże po części Cię rozumiem. Ja już trochę odzwyczaiłem się od tłumów ludzi na ulicach czy w sklepach i z Londynu wróciłem zadowolony, owszem, ale jednocześnie... mega zmęczony :D

      Delete
  2. Ja oczywiście jeszcze nie byłam, choć mam obecnie rzut kamieniem do Londynu i dobre połączenia za niewielką cenę. Ta deszczowa pogoda ma swój urok a miasto po zmroku z wysokości prezentuje się świetnie. Widok z samolotu na Londyn - obłędny! :) W ogóle tyle na studiach uczyłam się o tym mieście, że chyba już na samą myśl mam gęsią skórkę :p Kiedyś zawitam, ale kiedy to nie wiem.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Ja pamiętam, jak u babci oglądałem katalogi z biur podróży z wycieczkami do Londynu! Wtedy to wydawało się takie odległe, nieosiągalne.. :)

      Delete
  3. Wieczorna panorama miasta ma niesamowity urok.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Oj tak, miasta wieczorami prezentują się jeszcze piękniej! :)

      Delete