Thursday, October 12, 2017

Fotorelacja: weekend w Toronto

Chodziło to Toronto już za mną od pewnego czasu. W końcu decyzja zapadła. Lecę, a co mi tam! Coraz chętniej szukałem informacji czy zdjęć tego miasta. W pracy często podpytywałem Kanadyjczyków o Toronto. Ci zawsze zachwalali miasto i polecali, więc nie ukrywam, że przylatując do największego miasta Kanady, oczekiwania miałem spore. Jak już zapewne wiecie na podstawie wrzucanych zdjęć w zeszły weekend, Toronto stanęło na wysokości zadania!

Nathan Phillips Square, Toronto, Ontario, Kanada

Jak dostałem się do Toronto?


Z lotniska w Keflaviku do Toronto możliwości jest sporo. Dwa loty w ciągu dnia to minimum, a w sezonie zdarzały się nawet 4 loty dziennie. Oprócz Icelandaira oraz WOW Air'a latem na tej trasie pojawia się także Air Canada Rouge. Najtańsze bilety w WOW Air rozpoczynają się już od         
14 499ISK za lot w jedną stronę i takie też bilety udało mi się kupić. Dla porównania, za bilet do Berlina zawsze płaciłem jakieś 10-12 tys. koron, czyli różnica jest naprawdę niewielka. 

Jeśli jednak swój wylot planujemy z odpowiednim wyprzedzeniem i chcemy lecieć na nieco dłużej warto zerknąć także na ceny Icelandaira. WOW Air jest typowym low-costem i gdy tylko zaczniemy dodawać wszelkie usługi dodatkowe, jak wybór miejsca, bagaż, posiłki etc. to może się okazać, że oferta Icelandaira może być bardziej atrakcyjna.

Więcej o liniach lotniczcyh WOW Air pisalem tutaj!

W moim przypadku nie było co porównywać, gdyż to była najtańsza opcja z możliwych. Choć ostatecznie i tak dopłaciłem jeszcze trochę za większy podręczny, co zdecydowanie się przydało. Biorąc pod uwagę, że bilet kupowałem na niespełna miesiąc przed datą wylotu, nie było nawet sensu zerkać na ceny biletów Icelandaira. Akurat tak się złożyło, że na przełomie września i października w każdy mój wolny weekend WOW Air oferował na tej trasie bilety w bardzo tanich cenach. Przez moment żałowałem, że nie poleciałem w ostatni weekend września. Jeszcze jakoś na tydzień przed odlotem bilety było po jakieś 35 000ISK, a w Toronto były wtedy 30-to stopniowe upały. Ale stwierdziłem, że słabo tak lecieć przed wypłatą więc wybór padł na 6-8 października. 

Na lotnisku pojawiłem się odpowiednio wcześnie, dzięki uprzejmości koleżanki, która zaoferowała podwózkę, za co bardzo dziękuję! Sprawnie przeszedłem przez kontrolę bezpieczeństwa, małe zakupy na duty free. Gdybyście kiedyś lecieli z lotniska w Keflaviku to polecam w sklepie wolnocłowym kupić to, co się da, bo później za te same rzeczy zapłacicie sporo więcej. 

Przykłady (orientacyjne ceny w dolarach amerykańskich): 
  • małe Pringelsy: Duty free: mniej niż 2 dolary; pozostałe sklepy: ok. 5 dolarów
  • mała buteleczka wina: duty free: 4 dolary; pozostałe sklepy: ok. 10-11 dolarów
  • piwo: 6-pack piwa na duty free: jakieś 18 dolarów, pozostałe sklepy: 10 dolarów za jedno(!) piwo!

Welcome to Iceland! To moja najczęstsza odpowiedź, gdy uświadamiam klienta ile właśnie płaci za swoje piwo. :D 

Na lotnisku chwilę musiałem jeszcze poczekać na otwarcie kontroli paszportowej, która z reguły otwierana jest o 13:30, gdyż od 15 zaczyna się największy traffic w strefie non-schengen. Choć był to już kolejny mój lot z lotniska w Keflaviku, to dopiero pierwszy ze strefy non-Schengen, w której na co dzień pracuję. Rozkład lotów to znam już praktycznie na pamięć. Zawsze traffic zaczyna się lotami WOW'a do Baltimore, Newark, Bostonu i Toronto, a na zakończenie popołudniowego trafficu moje "ulubione" kierunki: Miami, Tel Awiw i San Francisco. :D 


W strefie non-Schengen w tym czasie robi się naprawdę bardzo tłoczno, na szczęście gdy przyszedłem to w sklepie nie było jeszcze takich strasznych kolejek. Czekał mnie 6-godzinny lot, więc koniecznie musiałem coś zjeść. W samolocie ceny podobne jak na lotnisku, choć wybór jedzenia słabszy. Dodatkowo na lotnisku mogę skorzystać ze swoich zniżek pracowniczych. 

Jednakże gdy już pojawił się komunikat "Go to gate" to przy bramkach było już dość tłoczno. W pewnym momencie ciężko było się zorientować, która kolejka jest do Toronto, a która do Londynu Gatwick. Na szczęście stanąłem w dobrej. 


Startowaliśmy w bardzo islandzkich warunkach, co wcale mnie jakoś nie zdziwiło. Do deszczu człowiek się tutaj przyzwyczaja. :D Lot na pokładzie Airbusa A321, o numerach TF-MOM. Lot bardzo spokojny, bez żadnych turbulencji, bez problemu udało się lądować w Toronto kilkanaście minut przed czasem. Na godzinę przed lądowaniem stewardessy rozdały nam deklaracje celne. Na lotnisku na automatach wypełnialiśmy te deklaracje raz jeszcze. Co ciekawe, do wyboru był także język polski. Lecąc do Kanady należy pamiętać o tym, że na terytorium kraju zabronione jest wwożenie świeżej żywności, w tym owoców i warzyw. 

Następnie jedno krótkie pytanie od pana celnika o cel wizyty i życzenie miłego pobytu.Welcome to Canada! I na co było tyle stresu? :)


Gdzie zatrzymałem się w Toronto?


Znalezienie hotelu trochę mi zajęło. Nie ukrywam, że ze względu na mój krótki pobyt, zależało mi na hotelu gdzieś w centrum miasta. Ceny nieco mnie zaskoczyły, więc dość długo polowałem na jakąś promocję na Booking.com. Z reguły robię tak, że rezerwuję coś z możliwością bezpłatnego odwołania rezerwacji, na wypadek, gdyby udało się znaleźć coś bardziej atrakcyjnego. Tu jednak ta opcja odpadała, gdyż we wszystkich oglądanych przeze mnie hotelach opcja z możliwym bezpłatnym odwołaniem była sporo droższe, więc musiałem postawić na coś konkretnego. I tak pewnego dnia trafiłem na promocyjną ofertę obiektu Chelsea Hotel Toronto***. Oferta naprawdę była atrakcyjna, gdyż zgodnie z cennikiem, który znajdował się w pokoju, jedna noc w tym pokoju kosztowała prawie 600 dolarów kanadyjskich. Ja za dwie noce zapłaciłem trochę ponad 300. Nadal nie jest to jakiś super tani nocleg, ale wciąż taniej niż najtańszy, bez żadnych luksusów pokój hotelowy w szczycie sezonu w Reykjaviku.



Do hotelu dostałem się pociągiem i metrem. Między lotniskiem a centrum miasta kursuje bardzo wygodny pociąg "UP Express", który kursuje co 15 minut, a cały przejazd trwa 25 minut. W pociągu możemy skorzystać z darmowego Wi-Fi czy z możliwości podładowania telefonu. Wszystkie komunikaty przekazywane są po angielsku i oczywiście po francusku.

Stacja znajduje się w Terminalu 1, więc jeśli lądujemy w Terminalu 3, to musimy skorzystać z bezpłatnej kolejki łączącej oba terminale. Bilet na jeden przejazd kosztuje 12.35CAD. W centrum Toronto wysiadamy na stacji "UNION", gdzie możemy przesiąść się na metro. Początkowo wyszedłem ze złej strony, ale zupełnie tego nie żałowałem, gdyż moim oczom ukazał się taki widok...





Ze stacji "UNION" początkowo chciałem iść pieszo, ale ostatecznie podjechałem te kilka stacji metrem, tam jak polecili mi spotkani przeze mnie Polacy. W metrze początkowo ciężko mi było się odnaleźć, ale dzięki pomocy pewnej Kanadyjki, która sama spytała czy może pomóc, szybko wsiadłem we właściwy pociąg i znalazłem się niedaleko hotelu, który zgodnie z informacją podaną na stronie hotelu, znajdował się 300 metrów od stacji metra College. Spytałem jeszcze pewną kobietę, czy na pewno idę w dobrą stronę i po chwili byłem już przy Gerrard Street, gdzie stojąc na przejściu dla pieszych, po drugiej stronie już widziałem swój hotel. Pani, którą zapytałem wcześniej, czy dobrze idę, dogoniła mnie na światłach i powiedziała mi, że to ta ulica, o którą pytałem. Kanadyjczycy zrobili na mnie naprawdę rewelacyjne pierwsze wrażenie!


Tak jak już wspomniałem, poza dobrą ceną, zależało mi na dobrej lokalizacji hotelu i Chelsea Hotel Toronto*** spełnił te oczekiwania. Początkowo planowałem wykupienie biletu na komunikację miejską. Tym bardziej, że w Kanadzie był akurat długi weekend w związku z "Thanksgiving Day", dzięki czemu bilet dobowy kupiony w sobotę działał aż do poniedziałku, jednakże nie było mi to ostatecznie potrzebne. Wszędzie bez problemu mogłem dotrzeć pieszo, także na stację "Union", z której odjeżdżają pociągi na lotnisko.

Chelsea Hotel, Toronto, widok z 27-go pietra

Pokój był spory, podobnie jak znajdujące się w nim łóżko. Łazienka również sporych rozmiarów. Ze śniadań w hotelu nie korzystałem, gdyż były stosunkowo drogie (22CAD). Wychodząc do znajdującego się po drugiej stronie ulicy Starbucksa płaciłem w sumie połowę tej ceny. Niewątpliwie największą atrakcją tego hotelu było 27 piętro, na którym znajdował się basen, siłownia, a także odkryty taras widokowy. Basen nie był zbyt duży, woda mogłaby być nieco cieplejsze, jednak ten widok z rana wynagradzał wszystko! Pływasz sobie, a za oknem widzisz CN Tower. ;) Takie poranki to ja rozumiem!



Na plus również bezpłatna możliwość przechowania bagażu po wymeldowaniu, co bardzo ułatwiło mi korzystanie z uroków Toronto w niedzielę, a także ekspresowy check-in. Rano pod drzwiami miałem wsunięty rachunek za pobyt. Jeśli wszystko się zgadzało, mogłem po prostu opuścić pokój, zostawiając klucze na biurku, bez konieczności stania w kolejce w recepcji.  Ponarzekać można by trochę na windy, na które czekało się dość długo. Ogólnie hotel warty polecenia, ale zdecydowanie nie za 600 dolarów za noc.


Co  robiłem w Toronto?


Tuż po zameldowaniu się w hotelu od razu udałem się na miasto w celu poznania okolicy, głównie spacerując po Yonge Street- najbardziej znanej ulicy w Toronto, uważana za najdłuższą ulicę na świecie. 



Spacerowanie wśród wysokich budynków, po ulicy pełnej ludzi, sklepów, restauracji z kuchnią z każdego zakątku świata sprawiało mi naprawdę ogromną przyjemność. Chęć poznawania Toronto i satysfakcja ze spełnienia swojego marzenia były silniejsze niż zmęczenie. W końcu gdy wracałem do hotelu to na moim nieprzestawionym zegarku z islandzkim czasem była już godzina 3 nad ranem. 



W sobotę najzwyczajniej odczuwałem skutki zmiany czasu, gdyż budziłem się już od 4 czy 5 nad ranem. Przez to nie byłem może jakoś super wyspany, ale za to mogłem wcześniej rozpocząć dzień! Od basenu z widokiem oczywiście! :) 


Wychodząc z hotelu zahaczałem o pobliskiego Starbucks'a, choć dziś mam wyrzuty, że ani razu nie byłem w kawiarni sieci Tim Hortons, które są najpopularniejsze w Kandzie i co chwilę widzisz kogoś z ich kubkiem. Ulica Yonge Street w godzinach przedpołudniowych była zdecydowanie spokojniejsza i mniej zatłoczona niż dzień wcześniej wieczorem, co sprzyjało zwiedzaniu i robieniu
zdjęć. Na tą część dnia zaplanowane były dwie główne atrakcje... .


 CN TOWER 



Gdy słyszę Toronto, moje pierwsze skojarzenie z tym miastem to właśnie charakterystyczna wieża, z której podziwiać możemy to ogromne miasto. Nie dziwi więc fakt, że to było pierwsze miejsce, które postanowiłem odwiedzić. Było jeszcze dość wcześnie, więc udało się uniknąć długich kolejek.


Bilet "General Admission", który obejmuje wstęp na dwa tarasy widokowe kosztuje 36 dolarów kanadyjskich. Cena nie zawiera oczywiście podatku, który w Ontario wynosi 15%. Nie mogłem się do tego przyzwyczaić, że za każdym razem musiałem zapłacić więcej niż myślałem. :P


Całkowita wysokość wieży wynosi ponad 553 metry, natomiast pierwszy punkt widokowy znajduje się na wysokości 346 metrów.. Muszę przyznać, że już sam przejazd windą robi spore wrażenie. Cała podróż trwa jakieś 58 sekund. Winda jest przeszklona, więc widzimy jak  z czasem znajdujemy się coraz wyżej. I choć może z ziemi konstrukcja wcale nie wydaje się aż taka wysoka, ze względu na ilość wieżowców znajdujących się w Toronto, to w momencie gdy znajdujemy się już ponad nimi, to uświadamiamy sobie, jak wysoko się aktualnie znajdujemy. Co więcej, również w windzie mały część podłogi jest szklany! Więc jak ktoś ma lęk wysokości to nie patrzcie w dół!




Na tym poziomie, na ekranach możemy także podziwiać tych odważnych, którzy zdecydowali się na "EdgeWalk", czyli coś co jest zdecydowanie ponad moje siły: chodzenie po krawędzi, będąc przypiętym linami. Dla mnie to zdecydowanie za dużo. Na 342 metrze znajduje się drugi taras, na którym można stanąć na szklanej podłodze. Stanąłem, ale z siadania i robienia sobie selfie zrezygnowałem! :D Na tym poziomie można wyjść także na zewnętrzny taras widokowy. Tu zdjęć za dobrych nie zrobimy ze względu na wszelkie zabezpieczenia ale wiatr można poczuć!



Za dodatkowe 12 dolarów można wjechać jeszcze wyżej, to jest na wysokość 447 metrów. Ja nie wjechałem i dziś trochę żałuję. Ale ja do Toronto jeszcze wrócę. Więc i na CN Tower chętnie się jeszcze raz wybiorę. Ani przez moment nie żałowałem tych 36 dolarów!


Ripley's Aquarium of Canada



Miejsce to znajduje się tuż obok CN Tower. Brałem je pod uwagę planując sobie zwiedzanie w Toronto, ale nie byłem do niego w 100% przekonany. Bo tutaj również za wstęp całkiem sporo trzeba zapłacić, bo 33 dolary. Jeśli planujecie odwiedzić oba te miejsca, warto kupić jeden bilet łączony, a zaoszczędzicie kilka dolarów.




Dziewczyna, którą spotkałem w metrze bardzo tutejsza akwarium polecała, więc stwierdziłem, że chętnie przekonam się sam, czy naprawdę warto! Tutaj już było nieco bardziej tłoczno. Wszystko to za sprawą długiego weekendu w Kanadzie, przez co spotkać tu można było wiele rodzin z dziećmi.. Bo nie da się ukryć, że w tym miejscu to właśnie dla dzieci atrakcji jest najwięcej i one na pewno nie będą się tutaj nudzić.






Początkowo miejsce to mnie nie zachwyciło. Jakieś pojedyncze ekspozycje, tam kilka mniejszych ryb. Nie tego spodziewałem się za ponad 30 dolarów. Ale z czasem się rozkręcało! I zdecydowanie najlepiej było w "Dangerous Lagoon", gdzie przemieszczamy się ruchomym chodnikiem, a ryby podziwiać możemy zarówno z lewej strony, prawej, jak i nad nami! I to nie małe ryby, bo w tej części akwarium możemy zobaczyć rekiny, które pływają tuż nad nami! To było coś!





Nathan Phillips Square 


Po obiedzie i krótkim odpoczynku w planach miałem wizytę na Nathan Phillips Square. To właśnie na tym placu znajduje się charakterystyczny napis "Toronto".


Przyszedłem tu w ciągu dnia, choć bardziej zależało mi na zobaczeniu tego miejsca wieczorem, dlatego też wróciłem tu kilka godzin później. Zdecydowanie było warto! Zresztą, na początku posta sami mogliście się o tym przekonać! Chętnie pojeździłbym tutaj na łyżwach! Bo właśnie zimą otwierane jest tutaj lodowisko!


Przed pójściem spać odwiedziłem jeszcze hotelowy taras widokowy by popatrzeć, jak miasto prezentuje się z 27-go piętra nocą. Widok nie rozczarował! 

Chelsea Hotel w Toronto, widok z 27-go piętra
Niedzielę również zacząłem od basenu! Następnie zostawiłem walizkę w hotelowej przechowalni i wyszedłem na miasto, najpierw zahaczając o najbliższego Starbucksa w celu zjedzenie czegoś i napicia się kawy. Dziś w planie były zakupy, głównie pamiątek, ale nie tylko! W związku z tym postanowiłem odwiedzić dwa miejsca...


China Town


Największe miasto Kanady przez ONZ uznane zostało najbardziej wielokulturowym miastem na świecie. Nic więc dziwnego, że można tu spotkać dzielnice chińskie, koreańskie czy portugalskie. Polonia w tym mieście także jest dość liczna. Jak pisałem wcześniej, pierwsi spotkani przeze mnie ludzie, których spytałem o drogę, to byli Polacy.


Chińska dzielnica znajduje się całkiem blisko centrum Toronto. Czytałem o niej opinie w Internecie i nie były jakoś super zachęcające, jednakże stwierdziłem, że China Town może być dobrym miejscem na zakup pamiątek. O dziwo, na Yonge Street, w bliskim sąsiedztwie hotelu, widziałem zaledwie jeden sklep z pamiątkami. Na China Town zdecydowanie było ich więcej, a do tego ceny były zdecydowanie bardziej atrakcyjne. Breloczki do kluczy czy magnesy można było kupić za mniej niż 2 dolary, pamiątkowe koszulki za 3-4 dolary, więc całkiem, całkiem. Nie pytajcie, ile kosztują magnesy w Reykjaviku... . Nie zdziwcie się tylko tym, że chińscy sprzedawcy zupełnie nie będą się przejmować Waszą obecnością w sklepie. Wy będziecie chcieli coś kupić, a Pan będzie zajęty grą na swoim komputerze czy rozmową z koleżanką... :P




Sama dzielnica, mimo że znajduje się w bliskim sąsiedztwo ścisłego centrum miasta, zupełnie nie przypomina tego Toronto, którym tak się zachwycałem. Nie ma tutaj drapaczy chmur, wszędzie znajdują się napisy w języku chińskim, nie brakuje straganów z owocami i warzywami czy chińskich knajpek. Warto się tutaj wybrać w celu zakupienia niedrogich pamiątek, ale tak poza tym jak dla mnie nic szczególnego. Londyńskie China Town robi na mnie zdecydowanie większe wrażenie.


Eaton Center 


To ogromne centrum handlowe, które również poleciła mi dziewczyna spotkana pierwszego dnia w metrze. Tak się składało, że z hotelu do Eaton Center miałem jakieś 600 metrów. Na powierzchni 5 pięter znajduje się tu ponad 300 sklepów. Mnie miejsce to trochę przytłoczyło swoją wielkością. Może gdybym miał trochę więcej czasu... . Chociaż mimo wszystko bez niczego nie wyszedłem. Na Islandii nie tylko drogo, ale i wybór bardzo ubogi. Uwierzycie, że całkiem niedawno w Reykjaviku został otwarty pierwszy H&M na wyspie? :D



Swoje ostatnie chwile w Toronto spędziłem na Nathan Phillips Square. W niedzielę było bardzo słonecznie, a termometry pokazywały 25 stopni. Coś pięknego. Choć przez cały weekend nie mogłem narzekać. Chociaż wiecie, gdy mieszka się na Islandii, to człowiekowi naprawdę niewiele do szczęścia potrzeba. Wspomniany plac okazał się dobrym miejscem na zjedzenie czegoś i złapanie trochę słońca przed wylotem. Mogłem cieszyć się tym, że tutaj jestem! Że spełniłem kolejne swoje podróżnicze marzenia. Nie szukałem wymówek, a po prostu tu przyleciałem! Sam! Fajnie jest spełniać marzenia!


Miasto zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Nie byłem nigdy w Stanach, ale właśnie Toronto było dla mnie taki... bardzo amerykańskie. Taka jakby mniejsza wersja Nowego Jorku. Czy słusznie? Mam nadzieję, że kiedyś będę miał okazję sam się przekonać. Jedno jest pewne! Do Toronto jeszcze na pewno wrócę! I pewnie nie tylko tutaj, bo w Kanadzie jest jeszcze mnóstwo innych miejsc wartych odwiedzenia! W końcu to ogromny i bardzo różnorodny kraj!


No comments:

Post a Comment