Wednesday, May 18, 2016

Eurowizja w Sztokholmie - 14.05.2016!

Dawno nie czekałem z taką niecierpliwością na jakiś lot. Po pierwsze, bo to Sztokholm, czyli miasto, które ma dla mnie szczególne znaczenie, a ostatnio zostało trochę przeze mnie zaniedbane, bo nie byłem tam przez dobre 2 lata. Gdy tylko Szwecja ogłosiła, że finał 61. Konkursu Piosenki Eurowizji odbędzie się w Sztokholmie, od razu wiedziałem, że 14-go maja muszę się tam znaleźć. Dlaczego? Jak w czasie Eurowizji wyglądał Sztokholm i jak bawiono się we wiosce eurowizyjnej na Kungsträdgården? O tym w dzisiejszej fotorelacji!



Dlaczego zdecydowałem się na oglądanie finału tegorocznego Konkursu w Sztokholmie w Eurovision Village? Bo wiem, jak Eurowizje traktują Szwedzi, z jakim zaangażowaniem wybierają swojego reprezentanta podczas Melodifestivalen, które od kilku lat oglądam.Wiedziałem, że tak samo Szwedzi podejdą do Eurowizji i że nikt, kto będzie aktualnie w Sztokholmie, nie będzie miał wątpliwości kto jest gospodarzem tegorocznej imprezy. Oprócz tego na oglądanie Eurowizji na dużym ekranie zdecydowałem się już kiedyś z koleżanka, w 2014 roku, kiedy to Konkurs organizowała Kopenhaga.


A więc zacząłem od rezerwacji noclegu od razu, gdy Sztokholm został wybrany na organizatora. Wiedziałem, ze później może być ciężko o coś rozsądnego. Wybór padł na hostel Hostels by Nordic. O bilety lotnicze się nie martwiłem. Wiedziałem, że Wizz Air nie zawiedzie i prędzej czy później kupie bilety w najtańszej taryfie. Nie myliłem się. Gdy wszystko było zaplanowane, pozostało mi tylko odliczać dni do wylotu.

No i w końcu nadszedł ten dzień, kiedy to z samego rana udałem się na poznańskie lotnisko Ławica, by stamtąd polecieć do długo wyczekiwanego Sztokholmu! Szybka kontrola bezpieczeństwa, na której Pani bardzo dokładnie sprawdziła, czy wszystkie moje płyny nie przekraczają dozwolonych pojemności. Zawahałem się tylko, jak Pani oglądała pastę do włosów, bo w sumie zabrałem ją tak na pewniaka, nawet nie sprawdzając, ale na szczęście wszystko było ok. Oczekiwanie na lot umilała mi książka Camilli Läckberg, także ani się nie obejrzałem. a już rozpoczął się boarding.


W samolocie o numerach HA-LPL powitała nas załoga pokładowa, która składała się z 4 sympatycznych stewardess. Ja zająłem zarezerwowane przez siebie wcześniej miejsce 26F, a następnie, jak to zawsze bywa - personel zapoznał nas z instrukcjami bezpieczeństwa. W międzyczasie mogłem zobaczyć, jak samoloty do Warszawy czy Kopenhagi unoszą się w powietrze. W końcu i my wystartowaliśmy.


Zawsze, jak gdzieś lecę, fascynacja lotem jest ogromna. Każdy lot mnie cieszy, każdy lot jest inny. Tutaj oczywiście również się cieszyłem, Uwielbiam widoki z okna, starty czy lądowania. Ale mimo wszystko myślami byłem już w Sztokholmie i cieszyła mnie ta myśl, że będę tam już tak naprawdę za chwile. Dosłownie za chwilę, bo lot minął mi naprawdę szybko. Już o 7.20 lądowaliśmy na lotnisku Skavsta. Välkommen till Sverige!

Bilety na autobus do Sztokholmu zakupiłem wcześniej przez Internet, dlatego też od razu mogłem udać się na przystanek, gdzie ten już stał. Dzięki temu w centrum Sztokholmie byłem już o 9 - z lotniska do miasta do pokonania mamy ok. 100km, więc jakieś 80 minut się tam jedzie. Już w autobusie można było znaleźć pierwszy eurowizyjny akcent - na ekranie wyświetlało się logo tegorocznego Konkursu z hasłem "Come Together". Wjeżdżając do Sztokholmu, w oddali mogłem też zobaczyć Globen, czyli miejsce tegorocznego Konkursu.

Po wyjściu z Cityterminalen udałem się w kierunku swojego hostelu. Wiedziałem, że problemu ze znalezieniem nie będzie, gdyż znajdował się on przy popularnej sztokholmskiej ulicy - Drotninggatan. Za nocleg, a właściwie za noc, bo słowo nocleg nie jest tu dobrym słowem, o czym później się przekonacie, zapłaciłem 235SEK. To dobra cena, tym bardziej, że w cenę wliczona była pościel, bo często w hostelach do ceny za noc trzeba jeszcze doliczyć kilkanaście koron dodatkowo. W hostelu check-in rozpoczynał się o 14, ale stwierdziłem, że pójdę spytać czy nie dało rady by wcześniej. Początkowo powiedziano mi żebym przyszedł ok. 12. Poprosiłem więc o to, czy mógłbym zostawić chociaż torbę. Zgodzono się, a ja zacząłem przepakowywać potrzebne rzeczy do małego plecaczka. W międzyczasie Pan z recepcji znalazł mi pokój, z którego ktoś się już wymeldował, szybko przygotował mi miejsce i zanim zdążyłem się przepakować, już mogłem się meldować. :)

Zameldowałem się, zostawiłem rzeczy i od razu udałem się na miasto. Od czego zacząłem? Od tego, od czego zaczyna się prawie każda wizyta w Szwecji...

Kawa obowizkowo z kanelbulle!
Z rana na Drottninggatan było pusto- w końcu była to sobota rano, ale z czasem robiło się coraz tłoczniej. Będąc na tej ulicy nie można było mieć wątpliwości, które miasto w tym roku jest organizatorem Eurowizji. Ale takich ulic w centrum miasta było zdecydowanie więcej. Porozwieszane loga tegorocznego konkursu, lokale informowały o tym, że dziś można u nich obejrzeć finał, a wystawy niektórych sklepów też przypominały o Eurowizji.




Ale i tak najlepiej Eurowizję do własnej promocji wykorzystał Esprit, który zachęcał ulotkami do zapisania się do jakiegoś ich programu lojalnościowego,w  którym dostawaliśmy na start ileś tam koron, a w tle cały czas leciała muzyka znana z Eurowizji czy Melodifestivalen. W sklepach z pamiątkami znaleźć mogliśmy praktycznie flagi większości krajów, a nie tylko tych skandynawskich, jak to z reguły tam bywa.




Widzicie tam w oddali Globen? :) 
O eurowizyjnych utworach nie zapominali też uliczni muzycy. Ale co była dla mnie największym hitem? Przejścia dla pieszych w okolicach wioski eurowizyjnej, gdzie jak naciskaliśmy przycisk, to w momencie gdy oczekiwaliśmy na zielone światło mogliśmy usłyszeć... "Euphorie" od Loreen czy "Heroes" od Månsa Zelmerlöwa. Nagrać nie nagrałem, ale udało mi się znaleźć na YouTubie! (link!)



Sama wioska eurowizyjna (Eurovision Vilage) zlokalizowana była w parku Kungsträdgården, który znany jest między innymi z pięknie kwitnących wiśni. Znajdowały się tam dwie sceny, trzy duże ekrany, dostęp do Wi-Fi, a także 81-metrowy City Skyliner - wieża widokowa, na którą można było wjechać za 100SEK i podziwiać miasto. Nie brakowało też różnego rodzaju degustacji. Ja załapałem się na batonika Geisha. W minionym tygodniu w Eurovision Village działo się naprawdę wiele. Ja najbardziej żałuję, że nie mogłem być na występie Kristy Siegfrids. Krista reprezentowała Finlandię na Eurowizji w 2013 roku. W ubiegłym roku podawała punkty ze swojego kraju, a w tym startowała w szwedzkim Melodifestivalen, a także prowadziła fińskie preselekcje do Eurowizji. W Sztokholmie nagrywała teraz materiał dla fińskiej telewizji YLE, a także wystąpiła między innymi na Kungsträdgården. Tuż obok, na przeciwko zamku królewskiego znajdował się EuroClub, którego konstrukcja powstała specjalnie na cele konkursu.









Jako, że do wieczornego finału miałem sporo czasu, mogłem spokojnie sobie spacerować po mieście i odwiedzać miejsca, które przecież już tyle razy widziałem. Ogólnie pogoda tego dnia nie dopisywała. W dzień jakoś strasznie zimno nie było, ale o słońcu niestety mogłem zapomnieć. A pomyśleć, że tydzień wcześniej w Szwecji były bardzo ciepłe dni. Jednego dnia Sztokholm był nawet najcieplejszą stolicą w Europie. Jak widać, troszkę się spóźniłem. Gdzie bym nie poszedł, wszędzie mogłem gdzieś dostrzec logo tegorocznego Konkursu.



Mój ulubiony znak :D







Następnie stwierdziłem, że wypadałoby trochę odpocząć. W końcu wstawałem o 3.30, a przede mną miała być jeszcze bardzo długa noc. A więc wróciłem do hostelu, w którym trochę sobie poleżałem, a potem to już trzeba było powoli się szykować. Poszedłem więc na miasto, by coś zjeść. Nie chciałem za dużo czasu tracić na szukaniu czegoś, więc wylądowałem w McDonald's. Żeby było śmieszniej, jak już wracałem do hostelu to niedaleko widziałem całkiem fajne wyglądające i niedrogie chińskie jedzenie. Cóż. W drodze do hostelu zakupiłem także szwedzką flagę. Także teraz tylko trzeba było wykąpać się i ruszać na miasto! :)


Na miasto wyszedłem trochę wcześniej, bo byłem jeszcze umówiony na piwo, a dopiero potem udaliśmy się w kierunku Kungsträdgarden. Tam już od 20 trwała rozgrzewka przed dzisiejszym finałem. Na miejscu można było spotkać ludzi z różnymi flagami. Nie brakowało flag ukraińskich, rosyjskich, francuskich, choć najbardziej zauważalni byli Hiszpanie i Brytyjczycy. O ile ci pierwsi nie byli dla mnie zaskoczeniem, to Brytyjczycy owszem, gdyż zawsze miałem wrażenie, że Eurowizja nie cieszy się zbyt dużo popularnością w Wielkiej Brytanii. Zresztą jakie tam jest podejście do Konkursu to widać także po ich piosenkach- kraj z takimi możliwościami muzycznymi, a co wystawia to każdy widzi. Co ciekawe, Australijczyków też można było spotkać sporo. Wypatrywałem też polskich flag, choć początkowo nie widziałem. Dopiero później podeszła mnie dziewczyna z Polski, a następnie mój znajomy, który swoją drogą był z Węgier, wypatrzył kolejną polską flagę. Jak się później okazało, chłopak był Polakiem, choć mieszkającym w Londynie wraz ze swoim chłopakiem, który... był Hiszpanem. Co ciekawe, oni dzień wcześniej byli w Globen na próbie generalnej.


Pewnie ciekawi jesteście jak przyjęte zostały poszczególne piosenki? Oczywiście Szwecję pomijam, bo wiadomo, że był szał. Najlepiej ludzie bawili się przy Francji, Hiszpanii i Bułgarii. Fajnie, że miało to też swoje odzwierciedlenie w wynikach. W końcu Bułgaria, ku lekkiemu mojemu zaskoczeniu, zajęła 4. miejsce! A, bym zapomniał! Jeszcze Wielka Brytania! Tu także był szał, który trochę mnie zaskoczył! Zarówno w trakcie trwania utwory, jak i wtedy gdy dla chłopaków z UK poleciała "12", już nie pamiętam skąd, ale była tylko jedna. Tutaj te żywiołowe reakcje nie przełożyły się na wynik. Podobnie jak w przypadku Hiszpanii, niestety. Jak to powiedziałem do jednego Hiszpana " W końcu macie fajną piosenkę". Przyznał mi rację.


Piosenka Michała również została dobrze przyjęta, ludzie razem z Michałem śpiewali, jednak jeśli miałbym to porównać z piosenką "My Słowianie" i tym co się działo we wiosce eurowizyjnej w Kopenhadze to chyba jednak na naszych Słowiankach ludzie reagowali bardziej żywiołowo. Jednakże główną faworytką do wygrania Konkursu była Dami Im z Australii. Co do tego nie mam wątpliwości. Ostatecznie ze Szwecji Australia otrzymała maksymalną ilość punktów - została najwyżej oceniona zarówno przez jury jak i telewidzów. O ile się nie mylę, w ubiegłym roku Szwecja również przekazała swoją 12 do Australii. Na moim koncie na Instagramie możecie znaleźć krótki filmik z reakcjami na występ Australii.



Większą część przyznawania punktów oglądałem na innym ekranie niż wcześniej z tego względu, że tam miałem problem, żeby widzieć te przyznawane małe punkty. :P Chociaż i tak muszę Wam powiedzieć, że tam przy tej atmosferze ciężko było dokładnie skupić się na wynikach. Liczyło się kto wygra. Ja zapamiętałem tylko TOP3, o Bułgarii dowiedziałem się przez przypadek na dworcu autobusowym. Resztę wyników poznałem dopiero po powrocie do domu. Po krótkiej analizie stwierdziłem, że w sumie wyniki bardzo mi się podobają. W pierwszej 10 nie ma piosenki, której nie obstawiałem do wysokiego miejsca. Hiszpania trochę za nisko tylko, no ale tutaj niestety chyba występ na żywo odjął trochę uroku tej piosence. Chociaż tam w Eurovision Village ciężko było zwrócić uwagę na jakość wykonania, tym bardziej przy takiej piosence jak ta z Hiszpanii, gdzie ludzie bawili się w najlepsze!

No i co istotne, Polska bardzo wysoko! Szwecja również! Chociaż jak się okazuje nawet 8. miejsce nie jest w stanie usatysfakcjonować przeciętnego Polaka. Zamiast się cieszyć, to po raz kolejny wielka krytyka systemu głosowania. Każdy kraj przystępując do konkursu wiedział jakie są zasady. Każdy system ma swoje plusy i minusy. Wszyscy widzą to, że w głosowaniu widzów mielibyśmy trzecie miejsce. Ale nikt nie widzi tego, że gdyby głosy jury i widzów liczyło się takim sposobem jak jeszcze rok temu to zajęlibyśmy... 19 miejsce (dokładnie opisane zasady głosowania możecie znaleźć w artykule na eurowizja.org, tam to jest dobrze wyjaśnione). Równie dobrze inne kraje mogłyby zarzucić Polsce, że wysoki wynik u publiczności to zasługa naszej Polonii. W końcu 12 od publiczności dostaliśmy z Austrii i Belgii, a 10 z Holandii, Irlandii, Islandii, Niemiec, Norwegii, Szwecji czy Wielkiej Brytanii, czyli z krajów gdzie Polaków jest mnóstwo. Ale po co to wszystko? Ja tam wolę cieszyć się z zajętego miejsca. Dobrego miejsca. Jak wiecie, sam początkowo nie doceniałem tej piosenki, tym bardziej tak wysoka pozycja cieszy.

No ale dobra, wygrała Ukraina! Wyniki oglądałem w pobliżu dużej grupy rosyjskich i ukraińskich fanów. Dzięki nowemu sposobowi podawania punktów emocje były do samego końca. A potem to już wielka radość fanów z Ukrainy. Oczywiście wolałbym Australię! Tak samo jak Szwed, który zaczepił mnie, gdy wracałem do hostelu i spytał o moje zdanie na temat wyników, tak samo jak Grek, którego spotkałem w drodze na dworzec i wspólnie wymienialiśmy się spostrzeżeniami. Ale stało się tak jak się stało i nic tego nie zmieni. Nie jest to może piosenka, która stanie się wielkim hitem, który będziemy słyszeć w radiach jak "Heroes" czy "Euphorie", no ale nie zawsze taka musi wygrać. Plusy? Gdyby wygrała Rosja, w przyszłym roku do Moskwy czy do innego rosyjskiego miasta na pewno bym się nie wybrał. W przypadku Ukrainy? Kto wie, może się skuszę. Naprawdę aż ciężko opisać słowami tą wspaniałą atmosferę, która była we wiosce eurowizyjnej w Sztokholmie. Tam nie liczyło się kto jest kim, kto jest skąd, kto jest za kim. Tam po prostu była jedna wielka wspólna zabawa.

Ogólnie jeśli chodzi o cały Konkurs to Szwedzi naprawdę się postarali, a sama Eurowizja stała na całkiem dobrym poziomie. Wybranie do prowadzenia imprezy Petry Meda i Månsa Zelmerlöwa było strzałem w dziesiątkę. Nawet już gdzieś w polskich mediach widziałem artykuły mocno chwalące szwedzką prezenterką. We wiosce eurowizyjnej też ludzie mocno reagowali na wszystkie jej żarty. No i ten Justin Timberlake! I Lynda Woodruff! Szwecja dała radę! Powodzenia dla Ukrainy, która poprzeczkę postawioną ma wysoko. Nie pozostaje nic jak czekać... :)



Chociaż niestety pod koniec koncertu dali znać o sobie nasi rodacy, którzy początkowo krzyczeli "Polacy nic się nie stało", ale z czasem nie brakowało mniej cenzuralnych tekstów, w szczególności wtedy, gdy Ukraina otrzymała punkty z Polski. Nie powiem, to było przykre trochę. Cały wieczór wspaniałej zabawy, we wspaniałej atmosferze i tu nagle takie coś. Niestety, ale jak byłem w Kopenhadze to spotkała nas podobna sytuacja. Też spotkaliśmy mieszkających w Kopenhadze Polaków, którzy  zaczęli wbiegać na scenę, gdzie interweniować musiała ochrona. Już pominę wtedy, że pożyczyli sobie moją flagę, której oczywiście nie odzyskałem. I w takich momentach zaczynam rozumieć dlaczego wizerunek Polaka za granicą jest taki, jaki jest. Przykre to bardzo, ale na szczęście tego wieczoru nic nie mogło zepsuć mi humoru. Chciałem, by ten dzień się nie kończył, jednakże wyniki końcowe zbliżały się wielkimi krokami...


Do hostelu wracałem około 2 w nocy. Oczywiście zamiast pójść najkrótszą drogą, postanowiłem trasę sobie przedłużyć. Chciałem jeszcze trochę tam pobyć, przejść się po mieście, po raz ostatni poczekać na zielone światło słuchając "Euphorii".  Przechodząc obok jednego klubu już można było usłyszeć bułgarską piosenkę. Już zaczynało się powoli robić smutno. Nie tylko, że to już koniec Eurowizji, że wszystko rozstrzygnięte, ale także że moja krótka wizyta w tym szczególnym dla mnie mieście dobiega końca. W trakcie tej krótkiej wizyty w hostelu usłyszałem sporo miłych słów na temat swojego rosyjskiego od Rosjan i Ukraińców, co bardzo mnie ucieszyło, bo od moich studiów już trochę czasu minęło i języka używam mało. A tu wcale nie jest tak źle. A co więcej, nawet w końcu odważyłem się trochę mówić po szwedzku. Jak się okazuje, trochę jednak potrafię, jednakże nadal brakuje mi osłuchania i czasem nie jestem w stanie zrozumieć nawet jakiś prostych rzeczy mówionych przez Szwedów. Ale motywacja do nauki wróciła.

Sztokholm ma w sobie coś, czego nie ma inne miasto Uwielbiam Londyn, Madryt, czy Berlin, bo takie duże miasta zawsze mnie fascynowały. Ale to jednak Sztokholm jest tym miastem, w którym czuję się jak u siebie. W końcu po raz pierwszy poleciałem tam w wieku 19 lat. Sam, na tydzień. A już wtedy wcale nie czułem się tam samotnie, obco. To miasto ma w sobie coś, czego nie ma żadne inne miasto. Już nie mogę się doczekać kiedy znowu je odwiedzę. Najlepiej na dłużej. A najchętniej na tak bardzo dłużej...

W hostelu po powrocie już nawet nie spałem, bo to nie miało sensu. Posiedziałem trochę, ogarnąłem się i pojechałem na lotnisko. Oczekując na lot prawie zasypiałem. Jeszcze jak na złość, lot okazał się być opóźniony o trochę ponad godzinę. Miałem nadzieję, że w nagrodę przyleci chociaż "landryna" w nowym malowaniu, ale niestety nic z tego, przyleciał HA-LPM. Lot nawet nie wiem kiedy minął, przespałem prawie cały. Czyli byłem bardzo zmęczony, bo ja w samolocie nie śpię. :P


Na lotnisku czekała na mnie mama za znajomymi, która mieszka w Warszawie, więc wykorzystałem to by jeszcze tam cały dzień zostać. Jakąś godzinkę czy dwie pospałem, a potem pojechaliśmy trochę pochodzić po mieście. No a potem to już praktycznie cała noc w Polskimbusie... I w poniedziałek już do pracy, czyli szybki powrót do rzeczywistości.

"Stockholm, Stockholm gör mig glad..." <3

.

8 comments:

  1. Świetnie się to czytało ;)
    ps.
    buty odlotowe

    ReplyDelete
    Replies
    1. Hahaha, dziękuję, dziękuję! Cieszę się, że się podobało! Pozdrawiam!

      Delete
  2. Haha gratulacje za używanie rosyjskiego! Propsy! super relacja ;)

    ReplyDelete
  3. Co? Przecież Jamala z Ukrainy rozjechała wszystkich swoim głosem i piosenką! Zasłużona wygrana ;)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Co do głosu nie mogę nic zarzucić. Ale ogólnie piosenka nie w moim klimacie. Ale wygrała, czego serdecznie jej gratuluje :)

      Delete
  4. Bardzo fajny powód na odwiedziny :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. To był naprawdę dobry dzień na odwiedziny Sztokholmu :)

      Delete