Sunday, March 6, 2016

Fotorelacja z Londynu! (1-2.03.2016)

Lot do Londynu był moim pierwszym w tym roku. Trochę musiałem poczekać, jak widzicie. A i tak do ostatniego momentu nie byłem pewien, czy lot ten dojdzie do skutku, gdyż nie wykluczone było, że marzec może wiązać się z pewnymi zmianami, które mogły pokrzyżować mi plany. Ostatecznie gdy już chciałem odprawiać się on-line, rozchorowałem się. L4 tylko do piątku, ale w sobotę jeszcze miałem wątpliwości czy polecę. Na szczęście w niedzielę czułem już się znacznie lepiej, więc mogłem zamawiać transfer z lotniska, drukować karty pokładowe i czekać na długo wyczekiwany lot.


Tradycyjnie jak to bywa w przypadku porannych lotów o 6, na lotnisko pojechałem taksówką, dzięki czemu około 5 byłem na miejscu. Od razu udałem się w kierunku tarasu, by zobaczyć jaka landrynka zabierze mnie do Londynu. Bardzo liczyłem na jakąś w nowym malowaniu, tym bardziej, że przez weekend taka w Poznaniu była, o numerach HA-LPW, ale z tego co widzę, dzień wcześniej wykonała lot do Londynu, a potem uciekła do Bukaresztu, a aktualnie bazuje w Timisoarze. Spóźniłem się o jeden dzień. :P


Na płycie standardowy widok o tej porze, czyli dwa Airbusy A320 należące do Wizz Air. Jeden do Londynu(Luton), a drugi we wtorki zaczyna lotem do Sztokholmu(Skavsta). Oprócz tego skandynawski SAS do Kopenhagi, Lufthansa do Monachium, a także LOT do Warszawy.

Ja udałem się do kontroli bezpieczeństwa, gdzie nie było większych kolejek, także wszystko poszło sprawnie. Jak zawsze ubrałem moje buty, które nigdy nie piszczą i nigdy nie muszę ich zdejmować. Jako, że Wielka Brytania nie należy do Schengen, musiałem jeszcze przejść przez kontrolę paszportową i po tym znalazłem się już w strefie non-schengen, gdzie oczekiwałem na swój lot - W61901 do Londynu Luton.

Jak wiadomo, przepisy dotyczące bagażu podręcznego są dokładnie opisane. Nie zawsze możemy zabrać wszystko, co byśmy chcieli, gdyż ograniczają nas limity. Jak widać na zdjęciu poniżej, wiadro kiszonej kapusty i chleb niestety nie poleciały... :(


Gdy tylko przy wyjściu pojawił się ktoś z pracowników firmy handlingowej, od razu zaczęła formować się kolejka. Nie wiem nawet, o której to było, gdyż ja w kolejce ustawiłem się jako jeden z ostatnich. Nie lubię też za długo stać w kolejce, tym bardziej teraz, jak miejsca są numerowane, a dodatkowo na lotnisku spotkałem jeszcze znajomego. Dlatego też gdy tylko ustawiłem się w kolejce, chwilę później zaczęliśmy już wsiadać do samolotu. 

Jak się okazało, był to Airbus o numerach HA-LYK, czyli samolot, który do floty Wizz Air dołączył pod koniec 2014 roku. Do samolotu wsiadałem tylnymi drzwiami, gdyż miałem miejsce 23F - sam sobie takie wybrałem. Na oba loty zarezerwowałem sobie konkretne miejsce. Łącznie za bilety w dwie strony, z dwoma rezerwacjami miejsca zapłaciłem... 94zł. Jak nie kochać latania z Wizz! :)

Przez szybę samolotu nic nie było widać, gdyż samolot cały w śniegu. Musieliśmy jeszcze udać się na stanowisko do odladzania, a to trochę niestety trwało. Przed nami odladzane były jeszcze inne samoloty, dlatego dość długo czekaliśmy na płycie. Miało być 10 minut, wyszło trochę więcej. Ale ostatecznie udało nam się wystartować o 7.31. Lot spokojny, bez żadnych większych turbulencji. Widoki jak zawsze piękne. I nagle człowiek zapomina o opóźnieniu, a nawet o tych wszystkich płaczących dzieciach z każdej części kabiny, które na tych porannych lotach dają nieźle popalić. :P


Nie wiem, nawet o której dokładnie wylądowaliśmy, ale coś około 8.20 czasu lokalnego, bo wiem, że pomyślałem sobie przy lądowaniu, że właśnie odjeżdża mój autobus do Londynu. Standardowo znalazł się ktoś, komu bardzo się spieszyło i zamiast zgodnie z poleceniem załogi, siedzieć w zapiętych pasach, musiał już wstać i zacząć wyciągać swój bagaż. Tego typu sytuacje spotykam często i totalnie nie mogę ich pojąć, no ale cóż. 

Nasze opóźnienie miało jednak jakiś swój plus- na kontroli paszportowej nie było już takich kolejek, jakie z reguły się tu spotyka, gdy przylatuje się z samego rana, w tej porannej fali przylotów. Moja kontrola była ekspresowa, gdyż zabrałem ze sobą paszport i mogłem skorzystać ze specjalnego automatu, w którym obsługujemy się sami - w ten sposób omijamy kolejkę, bo tam zawsze jest zdecydowanie luźniej. Także jeśli lecicie na Luton i macie paszport to zdecydowanie polecam go zabrać. 

Po wyjściu od razu udałem się w kierunku przystanku autobusowego, z którego odjeżdżają autobusy National Express do centrum Londynu. Gdy zobaczyłem długą kolejkę, od razu wiedziałem, że to tam. Kolejka długa, ale wszystko działo się bardzo sprawnie i dość szybko znalazłem się w autokarze, także nawet aż tak mocno nie zmoknąłem. Bo oczywiście padało. Nie było także problemu z wejściem do autokaru, mimo że miałem bilet na godzinę 8.20, a jechałem późniejszym kursem, bo na mój nie zdążyłem. Bilet w jedną stronę kosztował bodajże £8,50. W autokarach mamy gniazdka i bezpłatne Wi-Fi. Lecąc do Anglii, pamiętajcie, że tam gniazdka są inne, więc warto zaopatrzyć się w odpowiednią "przejściówkę". 

W Londynie wysiadałem na końcowym przystanku, tj. Victoria Coach Station. Tam od razu poszedłem po dużą kawę, a następnie załadowałem sobie swoją kartę Oyster, by móc bez problemu korzystać z komunikacji. Jako, że miałem jeszcze trochę środków na mojej karcie, wystarczyło mi doładowanie za 5 funtów, a mogłem jeździć przez cały dzień, a nawet starczyło jeszcze na jeden 
przejazd kolejnego dnia. 



W pierwszej kolejności wsiadłem pojechałem na King Cross, by zobaczyć peron 9 i 3/4. Z Victorii to tylko kilka przystanków na "Victoria line". Bez problemu udało mi się odnaleźć znany z Harrego Pottera peron, na którym nie brakowało turystów robiących sobie zdjęcia.


Następnie pojechałem na Oxford Street, gdzie nie odpuściłem sobie wejścia do Primarka, choć nie szalałem za bardzo. Głownie dlatego, że w tym miesiącu wybieram się jeszcze do Berlina i to tam nieco bardziej zamierzam poszaleć. Następnie krótka wizyta pod Big Benem i London Eye, a następnie nieco dłuższa przejażdżka metrem. Kierunek -> Wimbledon. 




Tyle razy byłem w Londynie, ale nigdy tam nie dotarłem, a dla miłośnika tenisa to punkt obowiązkowy na mapie Londynu. Wysiadłem na stacji Wimbledon Park, ale nie wiem czy nie powinienem wysiąść o jedną stację dalej(Wimbledon), bo stamtąd jeszcze jakieś pół godziny musiałem iść, momentami bardzo pod górkę. Na szczęście trochę się rozpogodziło. A z górki ładnie było widać całe centrum. Wiadomo, klimat na Wimbledonie to jest w lipcu, jak odbywa się turniej, jednakże cieszę się, że w końcu tam dotarłem. 











Wycieczka na Wimbledon zajęła mi trochę czasu, więc po powrocie do centrum udałem się w okolice Picadilly Circus i Leicaster Squeare, gdzie trochę pospacerowałem wśród samych chińskich restauracji i sklepów z pamiątkami, a następnie pojechałem na Canary Wharf, bo tu miałem zobaczyć się z koleżanką Milenką, która właśnie kończyła prace. 


Na Canary Wharf nigdy nie byłem, więc to tez była dla mnie atrakcja. Ci, którzy regularnie czytają bloga wiedzą, że bardzo lubię wysokie, nowoczesne wieżowce. Tutaj możecie też poczytać o tych drapaczach chmur z Madrytu, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Canary Wharf również nie rozczarowało. 




Na Canary Wharf postanowiliśmy pójść coś zjeść. Wybór padł na Wetherspoon - jest to sieć lokali, które w samym Londynie możecie spotkać w bardzo wielu miejscach.  Ciekawe miejsce, z dużym wyborem dań, Cenowo również wychodzi całkiem nieźle. Można spokojnie kupić jakiś obiad z piwem za mniej niż 10 funtów. Ja wybrałem burgera z frytkami i cydr. Lubię cydry, a one mi się właśnie kojarzą z Wielką Brytanią, więc wybór był dla mnie oczywisty, jeśli chodzi o napój. 


Gdy zjedliśmy, zaczynało się powoli ściemniać. O to nam właśnie chodziło, żeby móc jeszcze zobaczyć jak Canary Wharf prezentuje się wieczorową porą. Nie będzie niespodzianką, że wieczorem zrobiło na mnie jeszcze większe wrażenie niż w dzień. Nieco mniej przyjemny był tłok w metrze, gdyż była to taka godzina, że większość właśnie kończyła pracę. My po drodze zahaczyliśmy jeszcze o Poundland'a i Tesco i udaliśmy się do domu. 




Pobudka o 8. Nawet się wyspałem, pomimo tego, że za oknem panowie przez całą noc kładli asfalt na ulicy. Szybkie śniadanie i kawa, a następnie udaliśmy się do metra. Milena pojechała do pracy, ja kawałek przejechałem z nią. Wysiadłem na Leicaster Square, a ona pojechała dalej.  Ja zrobiłem sobie spacer po China Town, czyli podobnie jak wczoraj. Nie chciałem już tego dnia korzystać więcej z metra, bo obawiam się, że już by mi nie wystarczyło środków na karcie Oyster i musiałbym doładować, więc stwierdziłem, że spróbuje dostać się pieszo na Victorię. I udało się. Przespacerowałem się przez Picadilly Circus, przeszedłem przez Green Park i minąłem Buckingham Palace, a stamtąd na Victorię to już rzut beretem.


Do autobusu miałem jeszcze prawie dwie godziny, ale tak padało, że nie miałem już ochoty na dalsze zwiedzanie. Spytałem w informacji, czy mógłbym pojechać wcześniejszym autobusem na Luton. Pani sprawdziła, czy są wolne miejsce. Były, ale zmiana kosztowałaby mnie 5 funtów, więc stwierdziłem, że czekam na mój autobus. Także wybrałem kawę w Starbucksie na Victoria Coach Station. Czasem udało się złapać jakieś Wi-Fi, więc czas dość szybko zleciał. 


Autobus przyjechał, jakieś 10-15 minut opóźniony. To nic, w porównaniu z tym opóźnieniem, które miałem, gdy byłem w Londynie ostatnim razem, we wrześniu. Wtedy to była dość długa podróż na Luton, ale na szczęście wzięliśmy wszelkie korki pod uwagę i zarezerwowaliśmy nieco wcześniejszego busa. 

Na lotnisku od razu udałem się w kierunku kontroli bezpieczeństwa. Tutaj także obyło się bez kolejek, a kontrola poszła bardzo sprawnie. O dziwo, w hali odlotów było nawet gdzie usiąść, bo z reguły jak latałem rano to był z tym problem. Ogólnie lotnisko Luton nie należy do moich ulubionych, ale tym razem było gdzie siedzieć, więc zdecydowałem się na jeszcze jedną kawę, a następnie usiadłem, oczywiście przy samej szybie, by móc podziwiać co dzieje się na płycie lotniska, W szczególności czekałem na samolot do Budapesztu, gdyż liczyłem że lot na tej trasie wykona Airbus A321, ale niestety nic z tego. Wszystkie loty Wizz Air, które mogłem zobaczyć, jak startują, obsługiwane były przez A320, dodatkowo wszystkie w starym malowaniu. Ale mimo wszystko kilka nowych zdjęć do kolekcji wpadło. :)







W końcu na tablicy informacyjnej wyświetlił się numer gate'u, z którego miałem lecieć, więc udałem się w tym kierunku. Rozpoczął się boarding. Na płycie czekał już na nas nasz samolot. Tym razem była to maszyna o numerach HA-LYL. Dokładnie dziś samolot ten świętuje "roczek" we flocie Wizz Air. :) 


Na pokładzie powitała nas sympatyczna załoga, ta sama co dzień wcześniej- 3 panie stewardessy i jeden Pan steward. Samolot zaczął kołować w kierunku pasa, tam poczekaliśmy jeszcze, aż EasyJet sobie wyląduje i w końcu my wystartowaliśmy. Przy starcie było jeszcze jasno, więc widoki piękne... :)







Przy lądowaniu widoki równie piękne. Mimo, iż było ciemno, to bez problemu mogłem rozpoznać, gdzie właśnie przelatujemy... :) Lądowanie chwile przed czasem. Jeszcze tylko kontrola paszportowa i można było wsiadać w autobus do miasta. Potem tramwaj i w końcu dom.. :)


***
Cieszę się, że po raz kolejny mogłem odwiedzić Londyn. Kocham ten ich pospiech, kocham londyńskie metro. Szkoda, że tego samego nie mogę powiedzieć o londyńskiej pogodzie. Kolejna dwa loty z Wizz Air za mną. Trochę późna inauguracja roku, ale mam nadzieję, że teraz już będzie tylko lepiej. Dziękuję również Milenie za miło spędzony czas i za dach nad głową. Do kolejnego razu! Nie ważne, czy w Poznaniu, czy w Londynie, czy jeszcze gdzie indziej - nam odległości nie straszne! :)

1 comment:

  1. No właśnie Londyn trochę zniechęca pogodą, ale prawda jest taka, ze wszędzie można trafić na deszcz. Ja za to bez przerwy muszę ściągać buty, bo mam zamiłowanie do metalowych ozdób:)

    ReplyDelete