Tuesday, September 22, 2015

Pierwszy lot paralotnią!

Choć urodziny miałem w poniedziałek, świętowałem je prawie przez cały tydzień. Tu jakiś urodzinowy obiad, kawa, w czwartek Londyn, a na zakończenie w sobotę pojechałem do Leszna. O tym, że jadę do Leszna wiedziałem od kilku dni, ale dopiero gdy siedziałem już w Polskim Busie, dowiedziałem się po co tam jadę. Lot paralotnią? Wow!


Wyjazd ten był prezentem urodzinowym od koleżanki Karoliny, zwanej Bożenką :) Przed wyjazdem dostawałem kilka podpowiedzi, co to może być. Wiedziałem, że będzie to coś w Lesznie, ale nie wiedziałem co. Jedna podpowiedź była też taka... 


Przez moment pomyślałem o locie balonem, bo gdzieś na Twitterze wyświetlila mi się informacja o jakimś wydarzeniu z balonami w Lesznie- wszystko by się zgadzało. Ale później otrzymałem informację, że muszę mieć ubrane buty na wiązanie. Czyli balon odpada. Gdzieś przez myśl przeszła paralotnia, ale to dopiero w sobotę rano. I jak szybko ta myśl się pojawiła, tak szybko zniknęła. A jednak!

Pierwsza reakcja? Wow! Ale takie wow z odrobina lęku czy niepewności. Ale ani przez moment nie pojawiła się myśl, że tego nie zrobię. Wręcz przeciwnie! W końcu to prezent! Sam takiego prezentu bym sobie nie zrobił, bo pewnie znalazłbym 150 argumentów przeciw. A tak była to wspaniała okazja na zrobienie czegoś nowego, ciekawego i pokonanie jakiejś tam swojej słabości.


Jako że do głównej atrakcji tamtego dnia mieliśmy jeszcze trochę czasu, postanowiliśmy pospacerować trochę po Lesznie, które okazało się być całkiem przyjemnym, spokojnym i zadbanym miastem. Zdecydowaliśmy się na mały deser, bo obawialiśmy się, że obiad przed lotem to niekoniecznie dobre rozwiązanie. Wybraliśmy lokal "Pocztówka z wakacji", bo miał chyba najładniejszy ogródek.




Sprawdziliśmy na mapie, gdzie dokładnie musimy się dostać. Okazało się, że mamy do przejścia około 3 kilometrów. Damy radę, stwierdziliśmy. Wyszliśmy odpowiednio wcześnie, na wypadek, gdybyśmy zabłądzili. Po długim spacerze trafiliśmy na miejsce...




Okej, przyznaję, że gdy tylko pojawiliśmy się na miejscu, poziom stresu gwałtownie wzrósł. Dotarliśmy do umówionego miejsca, a tam samochodem należący do firmy Fly2Live (firmy, która się tym zajmuje) pojechaliśmy na drugi koniec lotniska, bo to właśnie stamtąd odbywają się loty. Wcześniej mogliśmy podpatrzeć, jak specjalna wyciągarka pozwala paralotniarzom osiągnąć odpowiednią wysokość. 


Przed nami jeszcze kilka osób leciało, więc czekaliśmy. Stres był coraz większy, ale jednocześnie chcieliśmy już tego spróbować. Przez chwilę zastanawialiśmy się, kto pierwszy. W końcu postanowiliśmy, że jako pierwsza pójdzie Karolina. Za dodatkową opłatą można było też zamówić sobie film z lotu, ale my po krótkim zastanowieniu stwierdziliśmy, że nie chcemy. Chyba nie chciałbym oglądać na tym filmie swojej przerażonej miny. Pewnie nie byłby to za przyjemny widok. :D 

No i w końcu przyszedł czas na Karolinę. Założenie i sprawdzenie sprzętu, kilka wskazówek co robić i bieg! Chwila i już zaczęła unosić się w powietrze. Trafiła na bardzo dobry wiatr, dzięki czemu mogła wznieść się nieco wyżej. Ile trwał lot - nie wiem, choć miałem wrażenie że długo. 

                                        





Tymczasem u mnie emocje coraz większe. Wiedziałem, że to już za chwilę. Gdy tylko Karolina wylądowała (zadowolona, z uśmiechem na twarzy oczywiście), od razu zostałem zawołany, więc zacząłem od wyboru odpowiedniego kasku. Gdy zostałem już odpowiednio zapięty, długo czekaliśmy na start, co dodatkowo mnie stresowało. 



Ale w końcu ruszyliśmy. Zaczynam biec, choć w pierwszym momencie trafia się na taki opór, ale za chwile już biegnę i wznoszę się w powietrze. Cały czas podpięci jesteśmy do wyciągarki, o której wspominałem wcześniej. W momencie wznoszenia najbardziej stresował mnie dźwięk tych naprężonych lin i ocierających się zapięć. Gdy tylko znaleźliśmy się na odpowiedniej wysokości, Pan lecący ze mną odpiął nas od wyciągarki. Widziałem tylko jak jego ręka zaczyna coś odpinać. Dziwne myśli pojawiać się w głowie zaczęły, ale generalnie momentu odczepienia nie odczuwa się w ogóle. Myślałem, że będzie jakieś szarpnięcie albo coś, a tu nic. I wtedy zacząłem podziwiać świat z góry, tym razem nie oddzielały mnie od niego okna samolotu. Czułem się tak, jakbym sobie usiadł w powietrzy. Tak jak się siedzi na jakimś wysokim moście z nogami zwisającymi w dół. Z tą różnicą, że tu nie było tego mostu. Cudowne uczucie! Instruktor lecący ze mną przez cały czas ze mną rozmawiał i opowiadał, dzięki czemu czułem się w powietrzu pewniej. Poniżej filmik ze startu. 



Po wylądowaniu nogi mi się trzęsły, ale jak powiedział jeden z instruktorów - to normalne. I o co było tyle strachu? To było wspaniale doświadczenie i bardzo cieszę się, że miałem okazję spróbować. Bardzo dziękuję za danie mi takiej szansy!  

Każdemu gorąco polecam. Jeśli kiedyś będziecie mieć okazję polecieć paralotnią, nie wahajcie się! A ja skoro to mam już za sobą, to może trzeba zacząć myśleć o czymś kolejnym... ? :)


4 comments:

  1. Haha te startowanie jak śmiesznie wygląda :D Super przygoda i na pewno świetne przeżycia :D Choć ja nie wiem czy bym się zdecydował.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Do niedawna też tak twierdziłem. A jednak zrobiłem to! :)

      Delete
  2. Najlepsze doświadczenie ever, choć za pierwszym razem trochę stresu tez jest :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Oj doskonale pamiętam te miękkie nogi po wylądowaniu! :D

      Delete