Monday, March 2, 2015

Tydzień w Hiszpanii - podsumowanie

Na mój urlop w Madrycie czekłem z niecierpliwością. Nigdy wcześniej nie byłem w Hiszpanii, a w sumie to w żadnym południowym kraju, bo jak wiadomo, mnie najbardziej ciągnie na północ. Ciekawy byłem tego co mi się spodoba, co mnie zaskoczy, a co niekoniecznie przypadnie do gustu.



Może zacznę od pogody, gdyż każdy kto słyszał, że lecę do Madrytu zazdrościł mi tego, że będzie tam ciepło. Bo Hiszpania. Fakt, pierwszego dnia w Madrycie powitało mnie słońce i 13 stopni na plusie. W pewnym momencie pozwoliłem sobie nawet zdjąć kurtkę. Na zdjęciu powyżej słońce również nieźle dawało po oczach. Ale później było już coraz to słabiej. Nie raz zmoknąłem na deszczu, a raz złapał mnie nawet grad. Przy wylocie nawet jakiś śnieg lekko popadał. A jak się oglądało w telewizji hiszpańską prognozę pogody to ciągle się słyszało, że jakiś region zasypany śniegiem, gdzie indziej powódz, a w jeszcze innej części kraju wiatr wyrywał drzewa z korzeniami. Także z tą pogodą bywa różnie. Ale fakt, po przyjeździe do Poznania o 4 nad ranem szybko dotarło do mnie, że jest tutaj.. nieco zimniej.


Metro to jest coś co uwielbiam w każdym większym mieście. Dotychczas miałem okazję korzystać z tego typu komunikacji miejskiej w Warszawie, Pradze, Budapeszcie, Kijowie, Moskwie, Sztokholmie, Paryżu, Kopenhadze, Berlinie, no i oczywiście w Londynie. Paryskiego metra nie lubię za brak schodów ruchomych. Przynajmniej ja na żadne nie trafiłem. W Kijowie czułem się jakoś tak niepewnie i czułem się obserwowany. Na szczęście nie straciłem ani portfela, ani swojego telefonu. W Moskwie brakowało mi angielskich oznaczeń. Nieliczni goście z zachodu znają cyrylicę. Francuzi nie potrafie, a może bardziej nie chcą, nauczyć się angielskiego, więc co tu mówić o rosyjskim. Za to moskiewskie stacje podobno są ładne, ale ja za mało jeździłem, by móc się wypowiedzieć. Sztokholmskie stacje to podziemna galeria sztuki. Kopenhaskie metro - najnowocześniejsze - w pociągu nie ma Pana prowadzącego pojazd. O Londynie pisać nie będę, bo londyńskie metro to klasyka! To madryckie zrobiło na mnie dobre wrażenie, mimo tego, że raz zepsuł mi się pociąg. Sieć metra jest bardzo dobrze rozbudowana. Jedyny minus - opłata za wjazd na lotnisko w wysokości 5 euro. Mimo wszystko fajnie, że metrem można na lotnisko dojechać.


Często jak jestem w Skandynawii to imponuje mi to, że ludzie tam są uśmiechnięci, sprawiają wrażenie naprawdę szczęśliwych. Wiele osób mi wtedy mówi, że gdyby w Polsce żyło się tak dobrze jak w krajach skandynawskich, to też byłoby inaczej. Może coś w tym jest, choć w Hiszpanii wcale nie jest lepiej niż u nas. Bezrobocie zdecydowanie wyższe. W Polsce tylu osób żebrzących na codzień nie spotykam, co widziałem w Madrycie. A mimo to ludzie tacy weseli. Jak dla mnie momentami aż za bardzo. Hiszpański ładny język, chciałbym kiedyś się go nauczyć, ale póki co te skandynawskie są w kolejce i niderlandzki, który też zawsze trochę mnie kręcił. Ale dla mnie ci przekrzykujący sie Hiszpanie są wręcz za głośni. Gdzie człowiek nie pójdzie, tam głośno. Ale tak to już chyba mają te narody południowe. Zdecydowanie nie moja bajka. Choć sami Hiszpanie jako ludzie to bardzo fajny naród, wiele osób z tego kraju miałem okazję poznać. 

Będąc w Hiszpanii, nie mogłem nie obejrzeć żadnego meczu! Real akurat nie grał, więc ogladaliśmy Barcelone. :D A w sportowych wiadomościach najczęściej pokazywali jak Arda Turan z Athletico Madrid rzuca w sędziego.. butem.


W Hiszpanii miałem też okazję spróbować prawdziwej, hiszpańskiej tortilli, przygotowanej przez kolegę Hiszpana. Smakowała bardzo dobrze. Do tego pikantny sos salsa, który dodawałem codziennie do czego tylko się dało. Kanapka bez salsy - no way :D


Fajnym miejscem w Hiszpanii są lokale "100 Montaditos", w których można za niewielkie pieniądze napić się piwa i coś przekąsić. Podawane są tam na przykład takie malutkie kanapeczki z różnorodnymi dodatkami. Ja wziąlem na przykład z kalmarem i z.. sosem salsa. Wtedy jak my byliśmy wszystko było po 1 euro. Bodajże w poniedziałki, każdą taką kanapeczkę kupimy za 50 centów. Duże piwo, o ile dobrze pamiętam - 1,50 euro. Sałatka chyba 2 euro. Czasami ciężko znaleźć tam miejsce. Że jest w środku głośno chyba mówić nie muszę? :D



Hitem dla mnie były też hiszpańskie szynki, które wisiały sobie w sklepach z mięsem i wędlinami. U moich znajomych na mieszkaniu takiej tradycyjnej szynki również nie zabrakło. Kończyła się już, ale na coś tam jeszcze się załapałem. Carlos nawet mi poopowiadał, czym mam się kierować przy kupowaniu takiej szynki. Która jest dobra, a która nie. Te dobra potrafią trochę kosztować... .


No i jeszcze.. Dunkin Donuts. Hiszpańskie to oczywiście nie jest, ale Milena obiecała mi, że pójdziemy tam razem jak przylecę! Sama wcześniej tam nie poszła, bo czekała na mnie. To jest koleżanka! Jak tam poszliśmy raz, to każdego kolejnego dnia również tam zaglądałem. Mieliśmy kupon, że za 1,50 euro mogliśmy kupić kawę i jednego donuta. Normalnie sama kawa tyle kosztuje, także opłacało się. :) Niebieski donut wyglądał najładniej, ale uwaga - farbuje zęby i usta na niebiesko :D


Ogólnie ceny w Madrycie nie są jakieś kosmicznie wysokie. W moim odczuciu jest taniej niż w Londynie, a porównywalnie jak na przykład w Berlinie. Jedząc w McDonalds nie wydamy fortuny, tak jak w Norwegii, w której za duże frytki zapłacimy jak za duży zestaw w Polsce.

To co najbardziej mi się nie podobało to bardzo słaba znajomość angielskiego w Hiszpanii. Trochę słabo, jak w sklepie z pamiątkami, w samym centrum miasta, pełnym turystów, obsługa nie mówi po angielsku. Takich przykładów mógłbym podać mnóstwo. Pod tym względem zawsze będę podziwiać kraje skandynawskie czy Holandię. U nas z tym angielskim też nie ma rewelacji, chociaż w dużych miastach wydaje mi się, że jest całkiem nieźle. W Hiszpanii masakra, podobnie jak we Francji. Choć fakt, oni z francuskim czy hiszpańskim są w nieco lepszej sytuacji. My z samym polskim w świecie za wiele nie zdziałamy.


I jeszcze jedno na co zwróciłem uwagę. Mianowicie jak jestem w Szwecji, Norwegii, Wielkiej Brytanii, czy w Holandii, chcąc nie chcą, polski słyszymy dość często. Aż mogłoby się czasami wydawać, że aż za często, biorąc pod uwagę fakt, że jesteśmy za granicą. W Hiszpanii może mi się to zdarzyło 2 czy 3 razy. To tyle co nic.

Ogólnie tydzień mega udany, który niesamowice szybko zleciał. Mam nadzieję, że do Madrytu uda mi się jeszcze wrócić, chociaż jeszcze czeka Barcelona, która wg wielu, jest jeszcze ciekawsza. Do stolicy Katalonii bilety w przystępnych cenach można znaleźć dość często, więc może za jakiś czas... . :)


P.S. Jeszcz raz ogromne podziękowania dla Mileny i Carlosa za gościne i zapraszam do Poznania!

 Gracias por todo! Hasta luego!



Polecam także poprzednie wpisy dotyczące Madrytu:




7 comments:

  1. Mnie zdecydowanie ciągnie na południe, północ raczej nie dla mnie, chociaż nie mówię nie:) Hiszpanie są bardzo fajnym narodem, zresztą południowcy to w ogóle fajni wyluzowani ludzie:)

    ReplyDelete
  2. Barcelona nas urzekała przez dni piętnaście w samym środku lata. Warta była poświeceń jakie poczyniła nasza skóra. I o dziwo lot LOT-em okazał się najtańszą z możliwych wersji … oczywiście w dniu rezerwacji, bo miesiąc później kosztował już raz tyle.
    I chyba czas najwyższy poczynić aktualizację w innych częściach netu, bo wnioskować można, iż w drodze powrotnej porwany zostałeś przez personel pokładowy … :)))

    ReplyDelete
  3. W drodze powrotnej nie było nikogo, kto mógłby mnie porwać.. :)

    ReplyDelete
  4. Skoro nie było nikogo i porwanym się nie zostało, to dlaczego się z premedytacją zlewa tamtych czytelników ?
    atka

    ReplyDelete
  5. Za słowo więc trzymam ...:)))
    atka

    ReplyDelete