Sunday, March 10, 2013

Londyn - 26/27.02.2013


Do Wrocławia wyjeżdżaliśmy już kilka minut po 4. Przed wyjazdem nawet udało mi się coś pospać. Nasz pociąg przyjechał nawet chwile przed czasem. Bardzo miły konduktor, który pozwolił nam trochę zaoszczędzić na biletach. Dobry początek!;) A na autobus linii 406 również nie musieliśmy długo czekać, więc szybko znaleźliśmy się na lotnisku. ;)

Na lotnisku na początku udaliśmy się na taras widokowy, następnie kontrola bezpieczeństwa, a później małe zakupy na strefie wolnocłowej. W Londynie dwie moje koleżanki ze studiów zgodziły się nas przenocować, więc prezenty kupić trzeba. ;) Na lotnisku spać nie chcieliśmy, gdyż powrót mamy dopiero na drugi dzień  po 13. 

Boarding rozpoczął się dość wcześnie i poszedł sprawnie. Nawet miła pani przypomniała mi, że w lipcu mój dowód traci ważność. Do samolotu szliśmy pieszo. Zajęliśmy miejsca w 25. rzędzie. Wystartowaliśmy punktualnie. Widoki, jakie mieliśmy przez okno możecie zobaczyć poniżej. 


Lądowanie dość twarde. No i oczywiście ten cudowny dźwięk informujący o tym, ze wylądowaliśmy. Na Stansted byliśmy 20 minut przed czasem, więc mieliśmy ponad godzinę do naszego autobusu. Niby dużo, myśleliśmy że zdążymy jeszcze na jakąś kawę, ale nic z tego, gdyż kontrola paszportowa szła bardzo powoli. Tunelem przeszliśmy na przystanek autobusowy, gdzie nasz autobus już na nas czekał. Jechaliśmy przewoźnikiem Terravision, gdyż wychodziło taniej niż np. Easy busem. Ogólnie bilety kupowaliśmy bardzo późno, kosztowały nas 15 funtów w dwie strony.

Ze Stansted pojechaliśmy na Victoria Station, po drodze mijając London Eye, Big Bena czy jeszcze wcześniej-Millennium Dome. z Victorii standardowo pod Buckingham Palace. Ogólnie w Londynie szaro. Nastepnie pojechaliśmy na Piccadily Circus, żeby coś zjeść. Najpierw deser w McDonalds, a później obiad w azjatyckiej knajpie. Trochę dziwna kolejność, ale ok. :D




Podobnie jak ostatnio- 6 funtów za obiad i jedliśmy ile chcemy, ale nie był to ten sam lokal, w którym byłem ostatnio z Michałem. Ten znajdował się praktycznie naprzeciwko tamtego. Był trochę większy wybór jedzenia. Spróbowaliśmy też chińskiego piwa Xiantao




Na Piccadily też porozglądaliśmy się za jakimiś pamiątkami. Ogólnie nie będę się rozpisywać na temat miejsc, w których byliśmy, bo w większości były to te same miejsca co ostatnio. Z tym, że tym razem zobaczyliśmy nawet mniej, bo jakoś ten czas tak bardzo szybko zleciał.



Jako, że dziewczyny miały bilety peak-off, o 17 najpóźniej musieliśmy być na Oxford Street. Ledwo udało nam się zdążyć. Mieliśmy niecałe 10 minut na przesiadkę na inną linię i na przejechanie jeszcze jednej stacji i nagle metro stanęło. Więc stwierdziliśmy, że nie będziemy ryzykować i ten kawałek przejdziemy pieszo. Z Bond Street Station nie jest tak daleko do Primarka.Tam sam trochę się obkupiłem, bo jak nic nie kupować jak spodnie można już za 5 funtów dostać czy buty za 3 funty. Dobrze, że wcześniej udało mi się kupić fajną torbę z Lonsdale'a za 4 funty- inaczej nie wiem jakbym się zapakował. Najbardziej bałem się że nigdzie nie spakuje poduszki, ale Marta upchnęła to w swojej torebce. A już żartowaliśmy że, któraś z dziewczyn będzie muiała udawać,że jest w ciąży. :D Chociaż może z poduszka w ręce by wpuścili do samolotu, bo z kocami chyba można, więc tu może jest podobnie, ale nie wiem.



Po 19 jechaliśmy do Mileny i Agaty. Tam odebrano nas ze stacji metra i poszliśmy na mieszkanie. Mieliśmy możliwość pójścia na basen, ale ostatecznie zrezygnowaliśmy. Tam trochę posiedzieliśmy przy piwie, zjedliśmy kolacje (za co baaardzo dziękujemy!). Milena na  do pracy, a Agata o 3 w nocy odwoziła swoje siostry na lotnisko. My wstawaliśmy około 7, a.jakieś 40 minut później wychodziliśmy na autobus. W ten o to sposób zaliczyłem pierwszą przejażdżkę autobusem, gdyż tak to zawsze wszędzie metrem. 
Autobusem mieliśmy jechać 40 minut, ale jechaliśmy prawie dwa razy tyle ze względu na korki. Czym  bliżej Victorii, tym wolniej jechaliśmy. W końcu wyszło tak, że zostało nam 15 minut na zalezienie naszego stanowiska, co początkowo nie było takie proste, ale w końcu się udało i zdążyliśmy na nasz autobus. Nawet jeszcze dało się pożegnać z Agata, która właśnie wróciła ze Stansted


Na lotnisku pierwsze co to szukaliśmy jakiegoś jedzenia.gdyż nic tego dnia jeszcze nie jedliśmy, bo nie było kiedy. Po śniadaniu przeszliśmy przez kontrolę bezpieczeństwa i poszliśmy na kawę. Dłuo nie posiedzieliśmy, a już wyświetlił się komunikat "go to gate 44". Ogólnie ilość wyjść i ogólne rozmiary lotniska robią wrażenie, mimo że to nie jest największe i najważniejsze lotnisko w Londynie. Jak już dotarliśmy pod nasz gate to kolejka oczekujących na lot do Wrocławia była już spora, a na ekranach wyświetlał się już komunikat o rozpoczętym boardingu.

W momencie startu, w anglii zaczęło pokazywać się słce. W drodze powrotnej zajęliśmy miejsca praktycznie w tej samej części samolotu. A ja chyba nawet siedziałem na tym samym miejscu co w locie do Londynu- 25B.

Lot spokojny, choć w jednym momencie zaświeciła się sygnalizacja "zapiąć pasy", ale jakiś większych turbulencji nie było. Po części załoga pokładowa składała się z tych samych osób, z którymi lecieliśmy do Londynu. 

Później jeszcze tylko przejazd do centrum Wrocławia, chwila czekania na jakiś pociąg do Opola i po 20 byliśmy w akademiku. :) 

Jak pisałem już wcześniej, były to moje pierwsze totalnie darmowe loty! :) Niewiele brakło, a bym go nie wykorzystał, gdyż napisałem maila do Ryanaira z datami, w których chce go wykorzystać, jednakże okazało się, że to musi być wysłany zeskanowany, cały voucher. W momencie, gdy wysyłaliśmy vouchery, było już po czasie, ale mimo to bilety zostały nam wystawione. :)

Wyjazd udany, szkoda tylko, że pogoda była taka typowo londyńska. :)

No comments:

Post a Comment