Saturday, March 2, 2013

London - 22.02.2013

Bilety do Londynu zarezerwowałem już w listopadzie. Zaraz po tym, jak wróciłem z mojej pierwszej wizyty w stolicy Wielkiej Brytanii, zobaczyłem, że z Poznania można lecieć za 8zł w dwie strony, więc nawet się nie wahałem. Zapytałem kolegę, czy lecimy. Ten się zgodził, więc bilety kupiłem.

Wylot mieliśmy w czwartek rano, więc już w środę o 21 wyjeżdżaliśmy z  Opola. We Wrocławiu mieliśmy przesiadkę na pociąg do Poznania.


Tutaj też spotkała nas dość nietypowa sytuacja, gdyż pewna dziewczyna chodziła po pociągu i zbierała pieniądze na bilet, gdyż została okradziona (dokumenty też jej ukradziono, więc konduktor nie mógł wypisać jej biletu kredytowego). Chwilę wcześniej też ktoś do nas podszedł i powiedział, że brakuje mu na bilet, ale nic nie daliśmy, gdyż nie bardzo w to wierzyliśmy. Ale w przypadku tej dziewczyny naprawdę było widać, że jest zdesperowana i wydawała się być wiarygodna. Niewiele, ale jednak coś jej dołożyliśmy. Słychać było, że w innych przedziałach też jej ludzie pomagali.


Ogólnie pociągiem dobrze się jechało. Była to TLK-a z obowiązkową rezerwacją miejsc, więc siedzieliśmy (w drodze powrotnej nie było już tak dobrze :P ), w przedziale tylko 4 osoby, więc jechało się bardzo wygodnie. Spać oczywiście nie spałem, jak to ja.



W Poznaniu byliśmy coś przed 3. Autobus na Ławice mieliśmy w jakieś pół godziny później, więc udaliśmy się w poszukiwania działającego biletomatu. Znaleźliśmy dwa biletomaty, jednakże żaden z nich nie działał. Trudno, bilet kupiliśmy u kierowcy. Autobusem trochę osób jechało na Ławicę, jednak w większości nie byli to pasażerowie, a pracownicy lotniska.



Na lotnisku byliśmy dość wcześnie. Jeszcze nawet nie rozpoczęła się kontrola bezpieczeństwa, więc mieliśmy czas na zjedzenie śniadania i wypicie reszty płynów. Pod nasz gate przeszliśmy dość późno. Wcześniej odwiedziliśmy jeszcze sklep wolnocłowy w celu zakupienia prezentu dla koleżanek z Londynu. Tworzyła się już kolejka do gate'u, ale mimo tego udało nam się zająć miejsce przy oknie, przy którym usiadł Michał- w końcu to był jego pierwszy lot samolotem. Przed startem jeszcze odladzanie, a potem już tylko spokojny lot na Luton. ;)

Po przylocie kontrola paszportowa. Taka uwaga- jeśli ktoś ma paszport to warto lecieć na paszport, gdyż dla osób z tymi nowymi paszportami kolejek praktycznie nie ma, więc pozwoli to zaoszczędzić trochę czasu. :)

Kupiliśmy jeszcze tylko jakieś jedzenie i picie i udaliśmy się na przystanek, gdzie stał już nas bus, który zawiózł nas na Earl's Court, skąd metrem udaliśmy się na Victoria Station, a stamtąd spacer w kierunku Buckingham Palace.


 
Później szliśmy po prostu przed siebie i jakoś tak wyszło że trafiliśmy na Piccadily Circus. Tam kilka.zdjęć, Michał tez zrobił zdjęcie jakimś kibicom piłkarskim z Pragi. Ogólnie tego dnia było mnóstwo kibiców z Czech- zarówno na mieście, jak i na samym lotnisku w.nocy, gdyż tego dnia Chelsea grała ze Spartą Pragą.

  
Następnie spacer w kierunku Westminsteru, Big Bena i przejście nad Tamizę, skąd ładnie prezentuje się słynne London Eye. :) 


 
Następnie wsiadamy w metro, a później wieża Tower, Tower Bridge, a także podziwiać mogliśmy największy budynek w Londynie - The Shard.



Ogólnie bardzo dużo podróżowaliśmy tego dnia metrem. Michał miał Travelcard na dwie strefy, z tym że wersje peak-off, przez co nie mogliśmy jeździć metrem w godzinach szczytu, ale nie stanowiło to dla nas jakiegoś wielkiego problemu- godziny szczytu spędziliśmy na Oxford Street. Ja przy pierwszej wizycie w Londynie kupiłem sobie kartę Oyster, którą teraz tylko doładowuję, jak przyjeżdżam. Z kartą tą też nie muszę martwić się o wydatki na metro, gdyż jeśli wydam równowartość biletu dziennego (Travelcard) to automatycznie tego dnia żadne środki za przejazdy nie są już ściągane z mojej karty.  


Metrem udaliśmy się  na stacje Leicester Square w celu odwiedzenia londyńskiego China Town, gdzie też zamierzaliśmy zjeść obiad (swoją drogą China Town znajduję się zaraz przy Picadilly Circus, więc praktycznie już tu raz byliśmy). 


Pochodziliśmy trochę po okolicy i dość szybko znaleźliśmy lokal, którego szukaliśmy. "Mr. Wu"- to lokal, o którym sporo czytałem w Internecie, m.in. na forum Fly4free. Jest to typowe miejsce z kuchnią azjatycką, w którym płacimy £5.50 i jemy tyle ile chcemy. Jedzenie smaczne, choć wybór nie był jakiś mega duży. Ale cena jak najbardziej dobra i na pewno można pojeść

Gdy zbliżały się godziny szczytu w londyńskim metrze, udaliśmy się na Oxford Street. A tam jak zwykle mnóstwo czerwonych autobusów na drogach i chodniki pełne ludzi obładowanych torbami z Primarka czy też z innych sklepów. My też zahaczyliśmy o Primarka, a później spotkaliśmy się z Mileną i Agatą, a także z siostrami Agaty, które akurat były u niej w Londynie w odwiedzinach.

Gdy dziewczyny pojechały do domu, my jeszcze podjechaliśmy na Piccadily Circus, a później wysiadliśmy na stacji Westminster, by zobaczyć jak prezentuje się Big Ben i London Eye w nocy. Warto było. 

 

Później już tylko powrót na Victorię i czekania na nasze autobus na Luton. Na lotnisko jechało dość sporo osób, głównie Czesi. Na lotnisko także było ich mnóstwo, a do Pragi w nocy odlatywały bodajże 3 samoloty. Dlatego też ciężko było o dobre miejsce do siedzenia. A jeśli już jakieś było, to przy drzwiach, gdzie strasznie wiało. Dlatego też wybraliśmy podłogę. Michał trochę pospał, ja nie bardzo. Później zmieniliśmy na chwilę miejsce, później poszliśmy coś zjeść i jakoś to zleciało. Następnie kontrola bezpieczeństwa, kawa i odlot do Poznania z małym opóźnieniem. 

W Poznaniu mieliśmy trochę czasu do naszego pociągu, który odjeżdżał o 14.40. Poszliśmy więc coś zjeść do McDonalds. Tam też jeszcze spotkaliśmy się z moim kolegą Arturem, a później wszyscy razem poszliśmy na dworzec, gdyż Artur też jechał pociągiem, tyle że w innym kierunku. W pociągu - 3 godziny stania, czyli podobnie jak ostatnio jak wracałem z Poznania. We Wrocławiu udało się chociaż na chwilę usiąść. Dopiero wtedy poczułem jak bardzo jestem zmęczony i jak chce mi się spać. Bałem się, że prześpię Opole, ale na szczęście nic takiego nie miało miejsca. 

W Opolu powitał nas mocno sypiący w oczy śnieg. W akademiku byłem coś po 19. Szybki prysznic i spać. I tak obudziłem się na drugi dzień, na bieg Justyny Kowalczyk. :) 

Wyjazd udany, Londyn nie zawiódł, z tego co wiem Michał też zadowolony. Byliśmy cholernie zmęczeni, ale czasami warto się nieco poświęcić. 

A relacja z drugiego wypadu do Londynu też już niedługo. :)
 


2 comments:

  1. Wasza dobroć względem tej dziewczyny we Wrocławiu jest naprawdę wzorcowa! Jednak jak będziesz kolejnym razem się przesiadał we wro to jest spore prawdopodobieństwo, że spotkacie się ponownie. To zawodowiec:) zjawia się prawie codziennie!

    ReplyDelete
    Replies
    1. Jeśli tak to faktycznie- ma to opanowane do perfekcji.

      Delete