Saturday, November 24, 2012

Londyn- 22/23.11.2012



Londyn
22/23.11.2012

Dopiero co napisałem relację z Norwegii, a już musiałem się pakować, gdyż Londyn wzywał. Nie ukrywam, że bardzo cieszyłem się na ten wyjazd, gdyż stolica Wielkiej Brytanii zawsze bardzo mnie interesowała. Opowieści znajomych także zachęcały do odwiedzenia tego miasta. No i w końcu nadszedł ten czas, kiedy to sam mogłem sprawdzić, jaki naprawdę jest ten zachwalany przez wszystkich Londyn. :)

Jako że wylot mieliśmy z Wrocławia o 6.05, już o 2.20 musieliśmy pojechać z Opola do Wrocławia. Był oczywiście ambitny plan, by przed wyjazdem do Wrocławia jeszcze coś pospać. Oczywiście nic z tego nie wyszło. Nie dość, że ogólnie chodzę spać dość późno, to jeszcze mam coś takiego, że przed każdym wyjazdem mam problem by zasnąć, gdyż już nie mogę się doczekać. Próba spania przed wyjazdem w przypadku Moniki i Pauliny zakończyła się tak samo. Pociąg opóźniony jedyne 10 minut. Małe problemy mieliśmy z zakupem biletu. Automat pokazuje, że jest konieczna rezerwacja na ten pociąg (Internet mówił coś innego), a bilety na drugą klasę wszystkie zostały wyprzedane. Za 3 bilety pierwszą klasą musielibyśmy zapłacić… 66zł. Stwierdziliśmy, że kupimy bilety u konduktora. Tam za 4 bilety (bo kupowała z nami jeszcze jedna dziewczyna, która też w automacie nie mogła kupić biletu) zapłaciliśmy niecałe 41zł. Więc żadnych obowiązkowych rezerwacji nie było, a pociąg wcale nie był w 100% zapełniony. 

We Wrocławiu na ostatni nocny jadący na lotnisko nie zdążyliśmy, a pierwszy autobus linii 406 mieliśmy za godzinę. Więc postanowiliśmy spytać taksówkarza, za ile by nas zawiózł na lotnisko. Jego odpowiedź: 80zł(!) i wielki zdziwienie gdy jednak zrezygnowaliśmy. Miałem jeszcze w telefonie numer na taksówkę, którą poleciła mi koleżanka z Wrocławia (swoją drogą koleżanka, którą poznałem kiedyś w Sandefjord :) ). Zadzwoniłem, tam powiedziano mi że za ok. 35zł pojadę. Po chwili taksówka już po nas przyjechała. Jak się okazało, Pan taksówkarz pracował kiedyś za granicą przez tą samą agencję pracy co ja i mieszkaliśmy przy tym samym lotnisku, Mianowice przy Weeze Airport. Jaki ten świat mały. :)  Na lotnisko dotarliśmy szybko i ostatecznie zapłaciliśmy 30zł, co wydaje się być świetną ceną. 


Na lotnisku byliśmy dość wcześnie, jeszcze nawet nie rozpoczęła się kontrola bezpieczeństwa. Dzięki tak wczesnej godzinie naszego przyjazdu, na kontroli nie było żadnych kolejek, a w strefie dla odlatujących pusto, dzięki czemu mieliśmy spory wybór foteli do leżenia.  



Boarding na nasz lot rozpoczął się odpowiednio wcześnie. Jako jedni z pierwszych wsiadaliśmy do samolotu, zajęliśmy miejsca, tak ja mam to w zwyczaju, gdzieś w tylnej części samolotu. Wystartowaliśmy punktualnie, lot spokojny, momentami widoki bardzo ładne, szczególnie jak się leci nad linią brzegową Holandii i widać tamtejsze porty. Choć przyznaję, że dość sporą część lotu przespałem. Co więcej- usnąłem nawet przy lądowaniu. W chwili kiedy się obudziłem, samolot właśnie „siadał” na pasie. Jeszcze jakiś czas temu nie pomyślałbym, że mogę zasnąć w samolocie, no ale jak widać, niewyspanie czasami wygrywa.  

Od razu spodobało mi się lotnisko w Luton ze względu na dość sporą ilość samolotów się tam znajdujących, w większości należących do linii Easyjet (w końcu to ich hub). Jako że mieliśmy trochę czasu do naszego autobusu, udaliśmy się na pierwszą kawę tego dnia do Starbucksa. 


Z Luton wyjechaliśmy o 9.20. Pierwszy raz byłem w kraju, w którym obowiązuje ruch lewostronny. Nie powiem, dość ciężko się przyzwyczaić do tego. W pierwszym momencie miałem wrażenie, że autobus, który wyjechał nam zza zakrętu z naprzeciwka, zaraz prosto w nas wjedzie. W samym Londynie przechodzenie przez drogę na początku było trochę kłopotliwe, choć tam na drodze są nawet napisy informujące o tym, w którą stronę mamy patrzeć. Z lotniska do Londynu (przystanek: Victoria Buck. Palace Rd ) jechaliśmy może trochę ponad godzinę.

Na początku udaliśmy się na Victoria Station (stacja metra), gdyż tam mieliśmy się zobaczyć z dwiema moimi koleżankami, które mieszkają w Londynie. Jedna, Agata, była właśnie w pracy, dzięki czemu załapaliśmy się na darmową kawę i śniadanie. Po chwili dołączyła do nas Milena, z którą to właśnie poszliśmy na miasto. A potem jak Milena musiała iść do pracy to Agata do nas przyjechała. Także przez cały dzień mieliśmy przewodnika. No i ogólnie fajnie tak w obcym, dużym mieście spotkać się z kimś, z kim studiowało się przez 3 lata. :)

Przed wyruszeniem na miasto zaopatrzyliśmy się w bilety oraz mapki metra. Dziewczyny kupiły sobie bilety dobowe, ja zaś kupiłem kartę Oyster, którą sobie doładowałem, gdyż stwierdziłem, że w przyszłości jeszcze nie raz się przyda. :)

Na początek poszliśmy w okolice Buckingham Palace i Green Parku, w którym jest pełno wiewiórek, które jedzą z rąk. 


To był jeszcze ten moment, w którym świeciło trochę słońce i było naprawdę ciepło. Jak przylecieliśmy do Luton to przywitał nas deszcz, w samym Londynie obyło się na szczęście bez deszczu, zaczęło dopiero padać jak odjeżdżaliśmy na lotnisko. Jak siedzieliśmy już w autobusie to już nie padało, a wręcz lało. 


Dalej szliśmy w kierunku Big Bena, po drodze mijając pełno londyńskich, czerwonych, piętrowych autobusów. Nie zabrakło też charakterystycznych budek telefonicznych. 





W okolicach Big Bena chwilę pobyliśmy, gdyż tam odbyła się kolejna sesja zdjęciowa. :) Następnie poszliśmy nad Tamizę, by podziwiać London Eye - widok z góry musi robić wrażenie. Wejście na London Eye jest dość drogie. My tym razem sobie odpuściliśmy, ale co się odwlecze to nie uciecze! :) 


Kolejne miejsce, które chcieliśmy zobaczyć to oczywiście London Bridge, więc udaliśmy się w poszukiwaniu metra, wcześniej przechodząc przez inny most, z którego ładnie prezentuje się miasto. Po drodze zahaczyliśmy o Tesco. Fajną rzeczą w Anglii jest to, że w sklepach produkty jednodniowe, jak jakieś kanapki czy świeże soki, po południu są przeceniane.


Zanim udaliśmy się w kierunku Tower Bridge, widzieliśmy też Tower of London. Wokół też widać mnóstwo nowoczesnych biurowców, w tym wieżowiec The Shard, który posiada 72 kondygnacje, a jego wysokość wynosi 309,6 metrów.




Tym samym zaliczyliśmy pierwszą przejażdżkę londyńskim metrem. :) Ja tam ogólnie lubię metro, szczególnie takie jak w Paryżu czy Londynie, gdzie linii jest sporo, trzeba się przesiadać itp.- fajne to jest, dla mnie jako dla turysty. Pewnie jakbym mieszkał to miałbym tego dość, chociaż to też pewnie kwestia przyzwyczajenia. :) Choć osobiście metro w Londynie bardziej podobało mi się niż to w Paryżu. Chociaż ogólnie Londyn zrobił na mnie większe wrażenie. :)


Kolejny raz korzystamy z metra i jedziemy na Oxford Street. Ulica pełna sklepów. To właśnie tutaj znajduje się jakże popularny Primark. W okresie przedświątecznym ulica ta wygląda naprawdę imponująco. Nie jestem zwolennikiem bardzo wczesnego ozdabiania miast itp., ale to co zobaczyłem w Londynie robi naprawdę wrażenie i nie dziwię się, że chcą to mieć jak najdłużej. Kolorowe światełka nad ulicą, napisy "Merry Christmas", padający, sztuczny śnieg, a do tego jeszcze przejeżdżające, czerwone autobusy bo tej dość wąskiej ulicy, robią naprawdę wspaniałe wrażenie. 



Tutaj mieliśmy się spotkać z Agatą, która już skończyła pracę, a potem razem poszliśmy coś zjeść- wybór padł na McDonalds'a. Tam też pożegnaliśmy się z Mileną, która musiała już się zbierać do pracy. Razem z Agatą pochodziliśmy trochę po Oxford Street, odwiedziliśmy Primarka,w którym oczywiście ludzi pełno, a wszyscy wychodzili z pełnymi torbami. Także na Oxford Street jest sporo sklepów z pamiątkami, więc też zakupiłem potrzebne prezenty. :)

Agata też już musiała jechać do domu, a my mieliśmy jeszcze trochę czasu do naszego Easybus'a na lotnisko, więc poszliśmy do Hyde Parku. Jak się okazało był to dobry wybór, gdyż spędziliśmy tam w sumie trochę  czasu. Tam pełno różnych karuzeli, pełno rodzin z dziećmi, różnego rodzaju stoiska z grzanym winem czy z gorącą czekoladą, a do tego wszystkiego można było usłyszeć świąteczne piosenki. 


Po Hyde Parku wróciliśmy jeszcze na chwilę na Oxford Street, bo dziewczyny chciały jeszcze wejść do Primarka coś przymierzyć i kupić, bo wcześniej nie kupiły. Więc trochę czasu zleciało, następnie przeszliśmy się spacerem na stację metra (czy też jak to w Londynie na metro mówią - tube) Oxford Circus, a stamtąd już na "Victorię". Tam zorientowaliśmy się, skąd dokładnie będzie odjeżdżał nasz autobus, a później udaliśmy się do sklepu zakupić trochę picia i jedzenia, żeby później na lotnisku nie przepłacać. Dziewczyny chciały jeszcze do McDonalds, więc poszliśmy też tam, posiedzieliśmy chwilę, udało się w końcu skorzystać z darmowego Wi-Fi i przed 23 wyszliśmy na przystanek autobusowy, a o 23.30 wyjechaliśmy w kierunku Luton. Po drugiej stronie ulicy widzieliśmy też Megabusa (odpowiednik naszego Polskiegobusa). :) 



Pamiętam jak przejeżdzaliśmy przez Oxford Street. I mniej więcej w tym momencie gdzieś zasnąłem, bo obudziłem się dopiero na Luton. Zresztą Monika z Pauliną podobnie. Na Luton ludzi sporo. Jest 24-godzinny Starbucks i Marks&Spencer Simply Food. Na początku czas się nieco dłużył. Ogólnie wybraliśmy złe miejsce do siedzenia (czy też spania), gdyż w pobliżu były drzwi obrotowe i trochę było zimno. Ale około 3 czy 4 poszliśmy do Starbucksa. Ja piłem kawę i napisałem początek tej relacji, a dziewczyny rozłożyły się na krzesłach i spały. Ja na lotnisku pospałem może z pół godziny, wtedy jak jeszcze niedaleko tych drzwi siedzieliśmy. 

Później już przyszedł czas na kontrolę bezpieczeństwa. W sumie to pierwszy raz stałem w takiej kolejce do kontroli. Oprócz tego była to moja najdroższa kontrola, gdyż musiałem zakupić woreczek na płyny za 1 funta, bo mój worek, w którym to wszystko miałem Pani na kontroli się nie podobał. Na szczęście w portfelu miałem jeszcze jedną monetę o wartości 1 funta. Monice przeskanowali telefon. Chyba dlatego, że zostawiła go w torebce. Pierwszy raz się z czymś takim spotkałem, choć koledze wiem, że w podobny sposób sprawdzali laptopa kiedyś, też na Luton. 

W czasie lotu dwa razy trafiliśmy na turbulencje, ale ja tylko wiem że były, że miałem zapiąć pasy. Ale czy były mocne, to nie wiem, bo znowu przespaliśmy prawie cały lot. Ale pewnie nie były to jakieś mocniejsze turbulencje, bo bym się pewnie przebudził (chociaż kto wie :P ). 



Po 11 wylądowaliśmy we Wrocławiu, a o 12.40 mieliśmy pociąg do Opola, gdyż na wcześniejszą TLK nie zdążyliśmy, więc jechaliśmy Regio, na który biletu kupić nie zdążyliśmy, bo jak się jest 10 minut przed odjazdem pociągu, to we Wrocławiu raczej bilet ciężko kupić, zarówno w kasie, jak i w automacie. W sumie na przystanku autobusowym na lotnisku też był automat z biletami na pociągi (choć nie wiem czy tylko Inter City czy też Przewozy Regionalne), ale nie wiedzieliśmy, na który pociąg zdążymy, więc nie kupowaliśmy biletu, dlatego też musieliśmy u konduktora trochę dopłacić. 


Ogólnie wyjazd bardzo udany. Choć Anglia witała nas i żegnała nas deszczem, to jednak podczas naszego zwiedzania deszczu żadnego nie było, a tego się trochę obawialiśmy. Warto było zarwać dwie noce dla spędzenia wspaniałego dnia w tak wspaniałym mieście jakim jest Londyn. :) Dziękuję Monice i Paulinie za miłe towarzystwo, no i Milenie i Agacie, że znalazły czas, by się z nami zobaczyć, mimo tego że jedna z nich była przed pracą, a druga po pracy. Do zobaczenia znowu, czy to w Polsce, czy to w Londynie! :) 

No i tradycyjnie na koniec, podsumowanie kosztów:

Lot Wrocław - Londyn(Luton) - 19zł
Lot Londyn(Luton) - Wrocław - 39zł
Dojazd do i z Wrocławia - 23zł (uwzględniając dopłatę u konduktora)
Dojazd na lotnisko we Wrocławiu - 11,50zł za osobę (taxi + bus)
Dojazd do i z centrum Londynu - 50zł

Mam nadzieję, że relacja się podobała i że wytrwaliście do końca. :) Może akurat kogoś zachęci do odwiedzenia stolicy Wielkiej Brytanii. A może ktoś z Was był i chciałby się podzielić własnymi spostrzeżeniami?

1 comment:

  1. Mateusz! Ale generalnie na każdy pociąg w nocy jest zrobiona rezerwacja miejsc (przynajmniej mi tak powiedzila babka w kasie w Gdansku jak z Goteborga wracalem) w sumie nieważne, grunt, ze wypad się udal! :D

    ReplyDelete